czwartek, 28 czerwca 2012

Koniec i początek

W życiu każdego przychodzi czas na przesilenie. Jedni mają już dość ustabilizowanego życia, więc zaczynają w necie szukać sobie wrażeń. Inni remontują łazienkę. Jeszcze inni decydują się na dziecko. U mnie do ostatecznego przesilenia dochodziło bardzo bardzo powoli, ale tak prawdziwie i ostatecznie potrwa jeszcze rok zanim sen się ziści. Jako matka, wkrótce dwójki facetów, chcę rzucić dotychczasową pracę. Czy znajdę coś w zamian? To chyba nie jest najważniejsze. Zawsze mogę otworzyć jakiś interes albo zacząć grać na giełdzie. Bylebym tylko nie musiała patrzeć na tego idiotę - swojego szefa i jego durną żonę. Powiecie - zwariowała, a ja powiem: dość. Sześć lat wyzyskiwania. Sześć lat wykorzystywania. Sześć długich lat. Jak tak na to patrzę, jestem najdłużej pracującą tam osobą na prawdziwym etacie. Nikt inny nie wytrzymał. Powinnam sobie dać za to medal i może jakieś standing ovation, ale z drugiej strony cała ta sytuacja nauczyła mnie kilku ważnych rzeczy: w pracy tylko na oficjalnej stopie - nigdy żadnych poufałości z szefem i jego rodziną (a może przede wszystkim rodziną?) Najlepiej się nie odzywać i robić swoje. Nie wychylać się niepotrzebnie. Inicjatywę schować do kieszeni lub wkładać wszystko do jakiegoś tajemniczego pudełka podpisanego: do wykorzystania we własnej firmie. Współpracownicy - owszem, może narodzić się jakieś fajny układ, pod warunkiem, że człowiek jest pewien na 100%, że współpracownik to nie konfident ;) Jeszcze tylko wrzesień, potem macierzyński, po powrocie zostaną 2-3 miesiące i żegnaj prywatna szkoło. Na zawsze :D
Sarna

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Dzidziul mój własny

Franek. Tyle się zmieniło od czasu, kiedy już przeszło 14 miechów temu pojawił się na świecie. Wcześniej tylko mówiłam chłopu swemu: zobacz, ostatnie takie świeta, ostatnie takie wakacje. Nie musimy się troszczyć o to co zjemy na obiad bo zawsze się coś tam skleci. Nie musisz zaglądać co tydzień pod łóżko, bo przecież kurz nie zabija. A teraz? Teraz nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej. Żebym mogła bez skrępowania wyjść wieczorem na miasto, albo zorganizować jakiś wypad z dziewczynami na zupełnie niezaplanowane zakupy. Ostatnio poszłam z Rozdartą na zakupy przed Wielkanocą. Jeden sklep, drugi, trzeci. Rozdarta mówi do mnie: chodź, pójdziemy jeszcze na kawę, posiedzimy, pogadamy jak siostra z siostrą. Ja jej na to, posiedzimy w domu, zrobię Cie lepszą ;) tak ciężko było mi, kiedy Jego nie było obok już zbyt długo. Ale kiedy tylko zobaczę jego uśmiechniętą buzię, to od razu robi się cieplej na sercu. Co tam nie zjedzony barszcz. Co tam kolejna zafajdana pielucha. Co tam kolejny guz na czole czy siniaki pod kolanem. Bo kiedy budzisz się rano i widzisz nad sobą taką malutką twarzyczkę, z której hektolitrami leje się ślina, a twarzyczka ta jest roześmiana od ucha do ucha to masz w sobie tyyyyle energii na cały dzień, że nawet porąbany przełożony nie jest straszny.
Kończę, bo Słońce moje zaraz się obudzi a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Sarna

piątek, 22 czerwca 2012

Dużo się dzieje. Chyba za dużo

Jestem zmęczona. Tak zwyczajnie zmęczona. Cały dzień na obolałych raciczkach. I właśnie w takich chwilach jak ta boję się jak to będzie. Nizioł jest coraz bardziej absorbujący. Dziś chociażby musiałam wygrywać na fujarce jakieś dziwne melodie i kroić pieczarki. A co jak przyjdzie mi jeszcze do tego wszystkiego kołysać Stasia nogą, nosem, dużym paluchem lewej stopy? Mama pomaga jak może. Sama już czasem ryje nosem ze zmęczenia, ale nie daje po sobie poznać. Nie lubię takich dni. Dni, kiedy nie można na spokojnie usiąść sobie z ciastem, albo pobawić się z synkiem. Kiedy większość czasu spędza się przy garach - w sumie nie gotując nic konkretnego. Kiedy dopiero po 17:00 wszystko jest posprzątane i można na spokojnie udać się na basem, żeby podziwiać pierworodnego szalejącego z tatą na zjeżdżalniach.
Nie poszłam dziś do teściowej. Nie po tym, co nam wczoraj ogłosiła. Nie mam już do niej siły. Nie wiem jak mam z nią rozmawiać. Kiedy widzę, jak się poddaje, jak nie chce walczyć, jak jej już wszystko wisi.
No i ten cholerny zaduch wszędzie.
Dziś smętnie. Na szczęście dziś szybko minie i będę mogła na spokojnie delektować się jutrem ;)
Sarna

środa, 20 czerwca 2012

Przenosiny

Trochę to zajęło. Może nawet trochę za długo. Przymierzałam się i przymierzałam i w końcu się zdecydowałam. Ostatnio podczytuję Was, ale wkurzają mnie captions,które trzeba wpisywać za każdym razem przy dodawaniu komentarzy. No i strasznie się za Wami stęskniłam. Pewne rzeczy wchodzą w krew. Nie obiecuję jednak, że będę codziennie. Nawet o tym nie marzę, zwłaszcza teraz, kiedy wprawdzie pracy mniej, ale za to bratanice i bratankowie. Syn własny rodzony. Sroga coraz mniej siły, a teściowa... Ech, to temat na osobną notkę, może w jakąś obrzydliwą, deszczową pogodę.
Przenosiny uważam więc za dokonane.
Pozdrawiam wszystkich, któzy tu zajrzą,
Sarna