środa, 30 stycznia 2013

chain drills - czyli ryjemy beret

To jest kotek. Kotek robi "miał". To jest piesek. Piesek robi "hau". To jest krówka. Krówka robi "muu". To jest... Na studiach uczono mnie, że "repetitio est mater studiorum" i tego właśnie się trzymam w powolnym procesie uczenia pierworodnego. Wprawdzie są to, póki co, wyrazy mało skomplikowane i rzekłabym dość prymitywne, ale przecież nie zaczniemy od transformatora czy kaloryfera (swoją drogą mój brat od tego zaczął i teraz jego dzieci wymawiają piękne, nieco francuskie "r"). Oglądając ulubioną książeczkę wskazujemy na znane już przedmioty, nazywamy je (ja po polsku, Franek po swojemu), potem nazywamy nowe i dopiero następnie przechodzimy na następną stronę. Swoją drogą, nawet nie załapałam momentu, kiedy z fascynacji przekładaniem kolejnych kartonowych kartek, albo darcia książeczek (tak tak - do tej pory są straty w postaci trzech sztuk!) pierworodny zajął się nad wyraz dokładną lustracją każdego obrazka.
Podobna metoda sprawdza się w nauczaniu języków obcych - Happy, wiesz o czym mówię, prawda ;)?
A: I'm going to bring an apple.
B: You're going to bring an apple, and I'm going to bring a banana.
C: Kasia's going to bring an apple, Zuzia's going to bring a banana and I'm going to bring a cherry. etc etc...

Myślę, że za jakieś pół roku zamiast po polsku będziemy omawiać książeczki w języku Shakespeara. A co! Niech dzieciak nie ma za łatwo w życiu ;)
Sarna
P.S. Jutro trochę niespodziewany wyjazd do Kraka. Bardzo się denerwuję, ale o Stacha tym razem nie chodzi. Powoli wszystko zaczyna się wyjaśniać, ale, ciągle, nie zapeszam.
S.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Śniło mi się

że znałam dokładną datę swojej śmierci. Co do minuty. Że tuż przed tym ważkim wydarzeniem zamykałam jeszcze swoje sprawy, robiłam jakieś przelewy bankowe, pisałam ostatnie notatki. Chciałam też jak najwięcej czasu spędzić z najbliższymi. Obudziłam się tuż przed własną śmiercią. ( ostatnie zdanie jest co najmniej dziwne).

Mamy dwie interpretacje:
1. Sroga twierdzi, że będę długo żyła
2. Ja twierdzę, że jakiś etap w moim życiu powoli się kończy a zacznie następny

Optuję za opcją drugą, chociaż długie życie w zdrowiu też ma swoje plusy :D
Sarna

piątek, 25 stycznia 2013

Rzeczywistość alternatywna...... czyli co by było

gdybym dostała się na dzienne studia, które planowałam?
gdybym wyjechała z Z-nego?
gdyby tata jeszcze żył?
gdybym zamiast Michała wybrała innego Michała?
gdybym nie podjęła pracy po licencjacie?
gdybyśmy nie kupili gniazda?
to wszystko jeszcze jakoś mogę przełknąć.
Nie mogłabym znieść jednej myśli - gdyby chłopaków nie było.
Sarna


czwartek, 24 stycznia 2013

W taką pogodę?

Nie warto się martwić
Nie warto siedzieć w domu
Nie warto grzać fotela!
W taką pogodę synowie śpią na zewnątrz, a matka trzepie dywany w śniegu ;)
Sarna

środa, 23 stycznia 2013

Krótko o tolerancji





Czy mimo tego, że się kogoś nie lubi, albo nie zgadza z jego poglądami nie należy się jakiś tam, szeroko pojęty szacunek? Czy spotkawszy na drodze swojego wroga trzeba od razu pluć mu w twarz? Czy musimy być otwarci tylko na tych, którzy myślą podobnie do nas?
Sama mam z tym czasami problem. I nie raz zdarzyło mi się w myślach przeskrobać to i owo. I uwielbiałam dyskutować, czasem bardzo ostro z tą oto Kasią. No i zdarzyło mi się werbalnie zbluzgać bratową - tzn powiedziałam jej, że trzeba się było zastanowić zanim podjęła się wykonywania najstarszego zawodu na świecie - w czasie rozmowy z nią oczywiście nie byłam tak elokwentna jak teraz ;) Ale moje najlepsze przyjaciółki chociażby mają zupełnie inne podejście do świata niż ja. I co z tego? No dobra, jedynym tego minusem jaki znam to to, że nie mogły być chrzestnymi matkami moich dzieci. (co nie zmienia faktu, że chrzestnymi matkami moich dzieci są inne wspaniałe kobiety, a na dodatek wierzące i praktykujące).


Do sedna więc. A, uwaga, będzie politycznie.


           Wczoraj w jednym z zakopiańskich hoteli (do którego zresztą Franek co tydzień zabiera tatę na zajęcia z pływania) przybył były prezydent III RP Lech Wałęsa. Przybył on aby zrobić mały wykładzik na temat promowania lokalnych przedsiębiorców (hodowców owiec, producentów żyntycy czy czego tam jeszcze) za granicą. Miasto całe oplakatowane było już bez mała dwa tygodnie przed tym jakże ważkim wydarzeniem.Lecha Wałęsy przedstawiać nie muszę. A może też nie chcę? Nie podobał mi się sposób w jaki sprawował swoje rządy. Nie podoba mi się styl w jakim pracuje teraz. Ale czy muszę od razu bojkotować jego przyjazd? Piękne plakaty zostały opatrzone naklejką "persona non grata" i każdy zakopiańczyk wie kto je tam umieścił. Pytanie tylko: po co? Jaki to miało cel? Czy wzbudziło niechęć, a jeśli tak, to do kogo? Czy naprawdę to coś komuś dało? Ktoś przez to wyzdrowiał? Ktoś dostał pracę? Ktoś wygrał w totka?
Eh... tolerancja tolerancja :)
Sarna

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Spotkanie ze "szwagrem"

Kto kłamie? Ten kto się boi, rzecz jasna. Ten, kto ma coś na sumieniu. W końcu ten, co prawy mówić nie umie.
Wczoraj zadzwoniła Ruda, że dziś przyjdzie po narty. Ok, mówię. Wpadnij, to ci je dam - ojciec Rudej zostawił wszak owe narty u nas w garażu, bo skoro limuzyny póki co brak, to miejsca jest że ho ho.
No i przyszła dziś biedaczyna po te narty. Podwiózł ją nawet obecny partner mojej szwagierki. I wiecie co? Zaparkował 500 metrów od rzeczonego garażu.
Niesienie przez 13-latkę butów narciarskich, nart i kijków jest dość niewygodne. Zaoferowałam pomoc. Jestem przekonana, że dorosły facet najzwyczajniej w świecie bał się spotkania ze mną i stanął tak daleko, żeby owego spotkania uniknąć. A tu - taka niespodzianka! Jego mina była bezcenna. On grzecznie: "dzień dobry", ja do niego "cześć" - no chyba nie myślał, że skoro stanowi rozrywkę erotyczną dla matki moich bratnaków to będę się do niego odnosiła jak do jakiegoś arystokraty! I mówię mu grzecznie, że następnym razem niech gdzieś bliżej stanie, bo to jednak jest kawałek dla nomen omen jeszcze dziewczynki. "Nie ma takiej potrzeby". Egoista. To nie on nosi, więc potrzeby nie widzi. "Słuchaj", mówię więc, "to moja bratowa jest durna i się puszcza, a ty dziś będziesz jutro pewnie nie, więc po co się honorem unosić, i strachem?" uśmiechnęłam się i odwróciłam plecami. A potem aż mną wzdrygnęło. I się otrzepałam jak pies po wyjściu z wody. Z takim brzydalem do łóżka? Musiałabym chyba rozum stracić... Najwyraźniej Pustówa straciła. Ale o tym możemy się przekonać średnio raz w mięsiącu.
Eh...
Sarna

sobota, 19 stycznia 2013

Ludzik jak z Michelin

Nie przeczę. Rodzę dorodne dzieci, chociaż z tendencją zniżkową. W zeszłym tygodniu byliśmy ze Stasiem do szczepienia i na kontrolę wagi. Myszaty nie jest drobnym dziecięciem. Waga urodzeniowa: 4000; waga po ukończeniu 3 miechów: ekh khm hrgr... no... wiecie... nie jest stredydem, tylko tak szybko przybiera, no więc, waga po ukończeniu 3 miesięcy 7280. Za szybko coś. Pani antropolog (za każdym razem będąc w Kraku ją odwiedzamy) stwierdziła, że przybiera prawidłowo i mając już 63 cm długości waga jest absolutnie prawidłowa i nie ma się czym martwić... A ja za każdym razem jak ściągam mu rajstopki nie mogę oprzeć się uczuciu, że mam przed sobą o to:
przynajmniej na tych uroczych udkach :)
dlatego od trzech dni na kolację piję wodę. Szklanka zamiast muffinek, kanapek, etc etc... Trzeba dbać o linię, wszak z każdym dniem coraz bliżej do wiosny!
Sarna

piątek, 18 stycznia 2013

Świat jest mały

Choćby ta sytuacja z ostatniego piątku. Wchodzimy do salonu, podchodzimy do uroczej pani, która jest chętna i gotowa odpowiedzieć na wszelkie nasze pytania. Pani jednak, nie czując się na tyle kompetentna, zaprowadza nas do pokoiku w którym, nomen-omen siedzi mój kumpel z ogólniaka. Niby to tylko sto kilometrów od domu. Niby większość z moich znajomych wyjechała do Kraka. Ale żeby w salonie? Nie pamiętam, żeby samochody go jakość specjalnie interesowały. A tu - masz! No i mamy swojego człowieka na właściwym miejscu :) i chętny do pomocy w razie jakichkolwiek pytań! Ha!
Sarna

czwartek, 17 stycznia 2013

dzisiejszy wpis sponsoruje literka "a"

W Boże Narodzenie 2011 Franek dostał chodzik V-techa. Uwielbiał bawić się przyciskami. Potem zostawił panel i... nauczył się chodzić robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Teraz wrócił do panelu. Mama pokazuje "a", Franek pokazuje też. A jak arbuz. Mniam. Franet, pokaż "a". Pierworodny naciska odpowiedni guzik i ma przy tym radochę. A. Skrzypi maszyna. A jak arbuz. Mam trochę obiekcji co do tej tresury, ale widać, Franek się cieszy. A skoro on, to i ja.
Idziemy odkurzać. Franet swoim odkurzaczem, ja swoim. A Sroga za nami - ze ścierą :)

Sarna

środa, 16 stycznia 2013

po wizycie w Krakowie

Staszek nastraszył nas w pon zbyt niskim tym razem poziomem fenolu, więc pełni mieszanych myśli zawitaliśmy u pani prof. Ta jednak stwierdziła, że wszystko gites.
Jazda avensis należała do najprzyjemniejszych w życiu, ale to jeszcze nie jest nasza nowa limuzyna.
Zakupy... w home and you jest przepiękna narzutka z nowej kolekcji. Się napaliłam. Cena mnie ostudziła. 300 zł za kawałek materiału do przykrycia łóżka? damn! wolę kupić chłopakom za to ze dwie pary łyżew, albo pół rowera albo 6 piłek... poczekam na przecenę, a nuż się uda??
próba wciągnięcia na siebie sukni ślubnej spełzła na niczym... a może raczej powinnam powiedzieć, że zaczęłam szlochać i ubolewać nad swoją wagą i nową budową ciała? dla zabicia smutków idę piec ciasteczka owsiane.
Sarna

poniedziałek, 14 stycznia 2013

czy podołam?

od kilku dni kołacze się po głowie:
czy podołam? czy będę taką mamą jaką chciałam być? czy starczy mi sił, cierpliwości, humoru?
a jeżeli nie starczy?
Sarna

niedziela, 6 stycznia 2013

podsumowanie - part 4 ostatni

Październik:
To przede wszystkim oczekiwanie i przyjście na świat Juniora. Myszaty okazał się równie leniwy jak jego brat, ale, że przestraszył się oksytocyny wylazł w najlepszym dla siebie czasie. Z perspektywy trzech miesięcy (bo dziś już właśnie skończył 3 miechy! kiedy to minęło?!) podziwiam panie położne, że ze mną wytrzymały tę godzinkę na bloku. No bo chyba nie pisałam, że drugi poród to był przyjemny spacerek w porównaniu z tym pierwszym, ale darłam się równie głośno...
Klusuś, jeszcze raz dziękuję za cenne rady i wskazówki :) dzięki temu wszystko poszło jak z płatka, a ja do całej sprawy podeszłam bardziej dojrzale. (wody zaczęły odchodzić o 5:00, pierwsze skurcze o 8:00, potem pożywne śniadanie, żeby mieć mnóstwo siły - zjadłam owisankę - Michał gotował, o 10:00 jazda z Piotrkiem do szpitala, ktg, które szybko odłączyli, bo się już darłam z bólu, 3 sekundy na moim ulubionym krzesełku, jeden wziew gazu rozweselającego, dziwne pytania pani położnej w czasie skurczów partych typu: ile lat ma mąż i moja odpowiedź w stylu: urodził się w roku tym i tym - same sobie policzcie i 11:15 - witaj na świecie, syneczku!) a potem komentarz neonatologa: pani jest pielęgniarką czy nauczycielką? bo tylko pielęgniarki i nauczycielki się tak drą przy porodzie ;) nie miałam już siły, żeby mu się odgryźć - czekałam aż mnie pięknie pozszywają i odeślą do łóżka. A już po południu zobaczyłam swoich dwóch synków razem. Cudne były to widoki :) Październik to urlop Michała i przyzwyczajanie się do nowej sytuacji. Babcie bez pamięci zakochały się we wnuku (ósmy wnuk mojej mamy, drugi teściowej - straciła głowę na amen). To również wyprowadzka Michała z naszego łóżka. W czwórkę nie pomieścilibyśmy się na pewno, a tak, jeden śpi z tatą, drugi z mamą. Może to błąd, i ciężko będzie ich odzwyczaić, ale w końcu damy radę - a tych chwil z maleństwem nikt mi nie zastąpi.
Spacery spacery i jeszcze raz spacery. Korzystamy z pięknej pogody i wędrujemy po całym mieście. Staszek potrafi spać po 5-6 godzin (czy to w dzień czy w nocy) budząc się tylko na zmianę pieluchy, jedzenie i kąpiel.
Koniec października to jednak problemy zdorowotne i pobyt na oddziale drugim w Prokocimiu. Na szczęście stwierdzono hiperfenyloalaninemię, a nie fenyloketonurię. Jesteśmy pod stałym nadzorem poradni. A poziom fenyloalaniny we krwi systematycznie spada! Co nie zmienia faktu, że październik uważam za czas przeryczany.
Babcia bierze kolejne chemie, a na imieniny Srogiej przychodzi w nowej, ślicznej fryzurce (szkoda, że nieco sztucznej, choć z naturalnych włosów), bardzo schudła, ale dzięki temu lepiej się czuje (przed chorobą miała znaczną nadwagę). Chemie ją strasznie wycieńczają, ale daje radę. Próbujemy jakoś wspierać, ale chyba tylko wnukowie są w stanie poporawić jej humor. Po kolejnych badaniach i tomografie jest decyzja o kontynuowaniu chemii, po to, żeby jak w największym stopniu wytruć komórki rakowe, problem w tym, że nie wiadomo dotąd gdzie jest ognisko. Na szczęście w wynikach badań markerów coraz mniej.


Listopad:
Przyjechała Rozdarta. Dostałam telefon ze szkoły, że w związku z pismem od prawnika z propozycją ugody (czyt. dogadamy się tak, a nie w sądzie), dyr jest w stanie podpisać odpowiednie dokumenty. Nie pójdziemy do sądu. Woli nie robić szumu wokół sprawy. Jakoś wcale mu się nie dziwię, szkoda tylko, że musiał do niego przemówić prawnik, a moja skromna osoba została zignorowana. Tak to niestety jest, jak burak chciałby rządzić, a ja mam nauczkę na czałe życie. Trust noone.
Spacery spacery spacey. Odkrywamy pleśń w pokoju. Wielkie suszenie przemarzniętej ściany. Niech by to szlag! Piotrek z dzieciakami. Radość Franka. Zaczyna mi się korba z pieczeniem - na początek tort cappucino, potem ciasto marchewkowe, muffinki wszelkiej maści. Cudny był to czas :)




Grudzień:
Odmawiają babci chemii, bo wyniki badań nie są zbyt dobre. Dostaje leki i ma na siebie uważać. Nie może się przeziębić. Podobnie tydzień później. Chemia miała się skończyć przed świętami. Skończy się zapewne po Nowym Roku. Na szczęście dwa tygodnie później wyniki się na tyle unormowały, że mogli wcisnąć w babcię truciznę. Znowu była poddenerwowana, że coś jest nie tak. 
Franek do tej pory olewał brata - czytaj nie interesował się nim zbytnio. Teraz przychodzi każdego ranka do naszego łóżka, żeby dać mu porannego całusa, przytulić, cmoknąć w rączkę, a na deser przygnieść całym ciężarem ciała do materaca. Przygniatanie nie wzbudza w Staszku strachu, ani bólu, ani żadnego niepokoju. Niech się facet przyzwyczaja, W końcu ma brata, który staruje już do 7-letniego kuzyna (nie wtrącamy się, Maciek musi sam sobie radzić z F.) Staszek zaczyna coraz pewnie dźwigać głowę. W sumie ortoeda zalecił leżenie na brzuszku z podciągniętymi nóżkami a ileż można patrzeć na materac albo prześcieradło?
Pierwszy świadomy śnieg pierworodnego - uciechy co nie miara. Dzieci same się uczą go jeść - słowo daję, to było tuż po tym jak wyrżnął orła do zaspy! Zasypana twarz nie jest mu straszna. Wyciągamy sanki i wzbudzamy sensację.
Sroga bez pamięcizakochana we wnukach. Mówi, że my byśmy się mogli wyprowadzić, ale bez naszych infantis. Ha.... ha.... ha.... Z każdym dniem coraz bardziej odczuwa się zbliżające sie Święta. Przygotowaliśmy piernikowe choinki (tak tak, przepis z "Moich wypieków") a Franek zobaczył pierwszy raz świadomie choinkę (i zgniótł w łapach ze cztery bombki na "dzień dobry"). Choinka dzielnie jednak stoi i nawet się nie przewraca, pomimo ciągłych zaczepek pierworodnego. 
W przedświąteczny piątek wiadomość od Michała, ale na razie nie zapeszam bo wszystko w toku.
Połowa soboty spędzona poza domem w związku z piątkową wiadomością Michała. Niepewność i poddenerwowanie.
Pleśń zza biurka wlazła do szafy. W czwartą niedzielę adwentu robimy rewolucję w naszym pokoju i przemeblowujemy go. Preparat na pleśń jest w użyciu przez co dwie noce śpimy na wygnaniu. Święta przestają się fajnie zapowiadać.
Wigilia w tym roku w dziewiątkę. Piotrek bez dzieci. Sroga jakaś smutna i przygaszona - w kńcu pierwsza wigilia bez Wikty, Maćka i Michała. Rozdarta na skypie. Pyszna kolacja. Sroga zgarnia groszówkę z pieroga. Franek zjada dwie. Nie znaleźliśmy ich nigdzie - dosłownie - nigdzie. W I dzień Świąt jak zwykle cmentarz i obiad u teściów. Leniuchowanie i leniuchowanie.
II dzień to tradycyjne kolędowanie u przyjaciół. Zaśpiewaliśmy dwie kolędy. Dawno się nie widzieliśmy więc skończyło się na gadaniu. Podobnie w dzień po świętach. Znowu zawędrowaliśmy do nich. Kolejny dzień to spacer z rodzicami Klary i przygotowania do chrzcin. W sobotę chrzciny. Pięknie było. Sylwester w domu, konkretnie - we własnym łóżku. Nawet nie chciało nam się otwierać tego wina musującego. Ale wypiliśmy - w środę - na przekór tej całej tradycji. 








Życzę Wam i sobie, żeby ten nowy nie był gorszy niż ten, który dopiero co minął! Może być lepszy, bardziej towarzyski, bogatszy w pozytywne przeżycia, ale niech pewne sytuacje już się nie powtarzają. 
A co do postanowień, to: biorę się za siebie. Za swój rozwój w ogólnym tego słowa znaczeniu.
Sarna