Lipiec:
Wakacje czas zacząć! Zaczęliśmy od sprzątania Tatr, a Franka zdjęcia ukazało się w lokalnym brukowcu (Franek i burmistrz, przeznaczenie? :)) Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu a ja stawałam się coraz większa. Ulubionym zajęciem pierworodnego stało się poklepywanie brata i robienie mi pierdziochów na brzuchu przy oburzeniu Srogiej. Odkryliśmy również na youtubie "świat elma" i naszą ulubioną pieśnią na każdą okazję stał się przebój wszystkich dwulatków "elma świat". Jako, że nie mamy żadnej kablówki (bo jest milion innych rzeczy do robienia niż oglądanie te-fał) youtube stała się ulubioną stroną pierworodnego.
Przyjechali Ania z Konradem na tydzień i przysięgłam sobie, że nie wybuchnę ani razu. Obietnicę tą oczywiście złamałam, bo się nie da wytrzymać. I dokładnie mogłam zaobserwować, że jak się mówi dzieciom, że tata jest podróżnikiem i wróci do nich jak już zrealizuje swoje pasje i marzenia jest dużo lepsze niż wmawianie dzieciom, że tata nastawia ich przeciwko mamie itd itd... (jednym słowem, mam dwie bratowe, z których jedna jest po prostu głupia, a druga po prostu wybrała sobie złego faceta bo głupi jest mój brat...)
Potem przyjechała Sara (za co bardzo Ci Panie Boże dziękuję, bo to była ogromna pomoc dla coraz większej i zziajanej mnie). Wprawdzie nie przewijała Frankowi pieluch ale ze swoim ogromnym potencjałem energetycznym dawała radę - na placu zabaw, na łące, na spacerach i w sklepach).
Potem imieniny Krzysztofa - Czarny ucieszył się z dwóch nalewek hand made, potem moje imieniny (uwielbiam dostawać całusy od męża!) i wspaniały relaks na leżaku przed domem w czasie kiedy pierworodny zażywał kąpieli w żółwiu.
Pierwsi zainteresowani obejrzeli gniazdo i... byli zachwyceni. Co z tego, że nie mogą go kupić dopóki nie sprzedają swojego w Z-nem? Uskrzydlona myślą o tym, że komuś spodobał się mój wychuchany i wydmuchany kawałek przestrzeni. I chyba mówili szczerze, bo chyba nikt nie wydałby grubej kasy na coś, w czym niemiałby ochoty mieszkać, prawda? Kazali zarezerwować sobie miejsce jako pierwsi, którzy będą o nie walczyć. Zakręciła się nie jedna łezka w mym oku. Wzruszenie? Poczucie, że coś tracę? Hormony ciążowe?
Informacja o chorobie babci G. Coś się jednak pierdasi ten rok.
Sierpień:
Sierpień upłynął nam pod hasłem wyjazdów. Kraków, Sudety, Rozdarta.Było fantastycznie. Były przygody większe i mniejsze. Żegnaj Nubiro [*]. Telefon ze szkoły. Złość, a potem poczucie ulgi. Jak się okazało, że nie pracuje tam 9 nauczycieli, którzy zrezygnowali niemal z dnia na dzień i jak ten obleśny facet musiał rozkminiać i błagać innych żeby się zgodzili u niego pracować! Mściwa nie jestem, ale nawet jak opowiadałam moją sytuację kobiecie w powiatowj inspekcji pracy, to przecierała oczy ze zdziwienia jaki normalny człowiek postępuje w ten sposób. Sprawa dalej w toku.
Kolejne golenie Franka. Sroga grozi, że nas wywali. Na razie mamy gdzie się podziać w razie czego.
Babcia po wielu badaniach przyjęła już kilka chemii. Powoli traci włosy, ale daje radę - nie poddaje się. Za każdym razem powtarzamy, że musi się zająć Staszkiem jak ten tylko się pojawi po drugiej stronie. Po krótkotrwałym spadku formy psychicznej bierze się za rogi z życiem. Póki co, wygrywa.
Wrzesień:
Spędzony głównie na telefonie i rozmowach z różnymi urzędami w sprawie załatwiania urlopu macierzyńskiego. Trudna i bardzo nieprzyjemna rozmowa z byłą szefową. Wysnuwanie wielu wniosków po tejże (rozmowie, nie szefowej). Wielka ulga, że nie będę musiała tam wracać - nigdy, przenigdy. Rozmowa z prawnikiem i przekazanie mu wszelkich dokumentów. A z Frankiem wczesno jesienny spacery. Mnie włącza się syndrom wicia gniazda i włączam w to pierworodnego. Nie ma innego wyjścia jak tylko się dostosować. Babcia przechodzi kolejne badania, punktuje swój nowotwór, ale jeszcze nie wygrywa walkoverem.
cdn.
Sarna