poniedziałek, 31 grudnia 2012

podsumowanie po raz 3


Lipiec:
Wakacje czas zacząć! Zaczęliśmy od sprzątania Tatr, a Franka zdjęcia ukazało się w lokalnym brukowcu (Franek i burmistrz, przeznaczenie? :)) Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu a ja stawałam się coraz większa. Ulubionym zajęciem pierworodnego stało się poklepywanie brata i robienie mi pierdziochów na brzuchu przy oburzeniu Srogiej. Odkryliśmy również na youtubie "świat elma" i naszą ulubioną pieśnią na każdą okazję stał się przebój wszystkich dwulatków "elma świat". Jako, że nie mamy żadnej kablówki (bo jest milion innych rzeczy do robienia niż oglądanie te-fał) youtube stała się ulubioną stroną pierworodnego.
Przyjechali Ania z Konradem na tydzień i przysięgłam sobie, że nie wybuchnę ani razu. Obietnicę tą oczywiście złamałam, bo się nie da wytrzymać. I dokładnie mogłam zaobserwować, że jak się mówi dzieciom, że tata jest podróżnikiem i wróci do nich jak już zrealizuje swoje pasje i marzenia jest dużo lepsze niż wmawianie dzieciom, że tata nastawia ich przeciwko mamie itd itd... (jednym słowem, mam dwie bratowe, z których jedna jest po prostu głupia, a druga po prostu wybrała sobie złego faceta bo głupi jest mój brat...)
Potem przyjechała Sara (za co bardzo Ci Panie Boże dziękuję, bo to była ogromna pomoc dla coraz większej i zziajanej mnie). Wprawdzie nie przewijała Frankowi pieluch ale ze swoim ogromnym potencjałem energetycznym dawała radę - na placu zabaw, na łące, na spacerach i w sklepach).
Potem imieniny Krzysztofa - Czarny ucieszył się z dwóch nalewek hand made, potem moje imieniny (uwielbiam dostawać całusy od męża!) i wspaniały relaks na leżaku przed domem w czasie kiedy pierworodny zażywał kąpieli w żółwiu.
Pierwsi zainteresowani obejrzeli gniazdo i... byli zachwyceni. Co z tego, że nie mogą go kupić dopóki nie sprzedają swojego w Z-nem? Uskrzydlona myślą o tym, że komuś spodobał się mój wychuchany i wydmuchany kawałek przestrzeni. I chyba mówili szczerze, bo chyba nikt nie wydałby grubej kasy na coś, w czym niemiałby ochoty mieszkać, prawda? Kazali zarezerwować sobie miejsce jako pierwsi, którzy będą o nie walczyć. Zakręciła się nie jedna łezka w mym oku. Wzruszenie? Poczucie, że coś tracę? Hormony ciążowe?
Informacja o chorobie babci G. Coś się jednak pierdasi ten rok.
Sierpień:
Sierpień upłynął nam pod hasłem wyjazdów. Kraków, Sudety, Rozdarta.Było fantastycznie. Były przygody większe i mniejsze. Żegnaj Nubiro [*]. Telefon ze szkoły. Złość, a potem poczucie ulgi. Jak się okazało, że nie pracuje tam 9 nauczycieli, którzy zrezygnowali niemal z dnia na dzień i jak ten obleśny facet musiał rozkminiać i błagać innych żeby się zgodzili u niego pracować! Mściwa nie jestem, ale nawet jak opowiadałam moją sytuację kobiecie w powiatowj inspekcji pracy, to przecierała oczy ze zdziwienia jaki normalny człowiek postępuje w ten sposób. Sprawa dalej w toku.
Kolejne golenie Franka. Sroga grozi, że nas wywali. Na razie mamy gdzie się podziać w razie czego.
Babcia po wielu badaniach przyjęła już kilka chemii. Powoli traci włosy, ale daje radę - nie poddaje się. Za każdym razem powtarzamy, że musi się zająć Staszkiem jak ten tylko się pojawi po drugiej stronie. Po krótkotrwałym spadku formy psychicznej bierze się za rogi z życiem. Póki co, wygrywa.





Wrzesień:
Spędzony głównie na telefonie i rozmowach z różnymi urzędami w sprawie załatwiania urlopu macierzyńskiego. Trudna i bardzo nieprzyjemna rozmowa z byłą szefową. Wysnuwanie wielu wniosków po tejże (rozmowie, nie szefowej). Wielka ulga, że nie będę musiała tam wracać - nigdy, przenigdy. Rozmowa z prawnikiem i przekazanie mu wszelkich dokumentów. A z Frankiem wczesno jesienny spacery. Mnie włącza się syndrom wicia gniazda i włączam w to pierworodnego. Nie ma innego wyjścia jak tylko się dostosować. Babcia przechodzi kolejne badania, punktuje swój nowotwór, ale jeszcze nie wygrywa walkoverem.

cdn.
Sarna



sobota, 29 grudnia 2012

podsumowanie po raz 2


 


Kwiecień:
 - święta Wielkiej Nocy, kiedy nie mogliśmy nawet dojść z wózkiem na Kalatówki, bo nasypało cały ogrom śniegu
- niespodziewany wyjazd na Mazury i smutne okoliczności pogrzebu jednego z wujków tuż potem
- roczek Franka! wow! nie był wtedy towarzyski, rzekłabtm wręcz, że był mega marudą (ale jak ktoś ma temperaturę, kaszel i zawalony nos, to ciężko mu być misterem dobrego humoru). Franek wybrał książkę chyba dlatego, że nie miał zbyt dużego wyboru :)
- początek sezonu na wypady w dolinki na pierwszy rzut zahaczyliśmy o siklawę (woda woda woda!!!)



Maj:
Po pierwszym roczku już nic nie stało na przeszkodzie, żeby dokonać pierwszych postrzyżyn syna. Czytaj: ogoliliśmy mu głowę na pałę bo jakoś facet i loki nie idą u mnie w parze. Babcia długo zawodziła i powtarzała, że jeśli jeszcze raz dokonamy na głowie syna taaaaaakiej zbrodni to nas poda do opieki społecznej... Nie podała... 
Wtedy to również rozpoczął się okres kąpieli na świeżym powietrzu (witajcie termy z ciepłą wodą!!!) i sezon ogniskowo grillowy.
A ja pół maja przesiedziałam na maturach... i zrobiliśmy remont łazienki... i obiecane ponad pół roku temu foty wrzucę - przed majem 2013 - aj pramis... tak upłynął dzień...






Czerwiec:
To wtedy pierworodny nabrał tyle siły, żeby zacząć otwierać szuflady i wszystko z nich wyjmować - efekty były przeróżne. Przyjechały ciocie. Rozpoczęło się euro... Franek zaczął jeździć na rowerze ze swoim tatą, a ja ze Stachem próbowaliśmy ich gonić. Teżna rowerze. Mojej gin się nie przyznałam, rzecz jasna. Wojna w szkole się toczyła... Wyczekiwałam już wakacji, żeby móc odpocząć od jednej tępej blondynki... jak się na szczęście okazało - never to see her again...



cdn...
ps. to nie moja pamięć :) to foldery ze zdjęciami :)
Sarna



niedziela, 23 grudnia 2012

podsumowanie po raz 1

Ten rok minął szybko. Bardzo szybko. Przeleciał przez palce a ja nawet nie zdążyłam dwa razy mrugnąć. Przeżyliśmy piękne chwile. Chwile smutne. Chwile przerażające. Wreszcie chwile ekscytujące. I nikt nie domyślał się, że większość z nich nastąpi w drugiej połowie tego roku. Bo nawet jak coś się sknociło, to i tak wyszło nam na dobre. Jakoś. Mówią, że kiedy Pan Bóg zamyka drzwi to otwiera okno. I tak właśnie było w naszym przypadku.
Styczeń:
Witanie Nowego Roku spędziliśmy w łóżku. Kocyk, podusia, herbata. Pełen chill out. Filmy filmy filmy. Może jakaś książka (ale szczerze mówiąc - nie pamiętam, widocznie nie była znacząca). Franek coraz fajniejszy i coraz bardziej chciało mi się rodzeństwa dla niego. M twierdził, że to jeszcze za wcześnie, ale, nie oszukujmy się, to kobieta wie lepiej, czy podoła, czy to będzie dobre rozwiązanie, czy da radę. W styczniu też podjęliśmy decyzję o sprzedaży gniazda. Poszliśmy nawet do biura obrotu nieruchomościami, ale ambicje M odnośnie szybkiego zbycia właśności zostały prędko ostudzone. Pan agent rzekł jedno słowo - zastój. No nic to. Wbrew wszystkiemu pojechaliśmy. Narobiliśmy zdjęć. Spędziliśmy tam trochę czasu. A mój syn pierwszy raz usnął wtulony w pierś ojca swego własnego. Aż mi się łezka w oku zakręciła...
Luty:
Luty upłynął nam pod hasłem "test wyszedł pozytywnie" i "Franek będzie miał rodzeństwo". Pamiętam wysyłane smsy: "mdłości od rana". Pamiętam minę mojej pani dr kiedy się zjawiłam po traumatycznym pierwszym porodzie. I jej uśmiech na twarzy, trochę niedowierzający, że to tak szybko. A przybyłam do niej już w dziewiątym tygodniu, bo w przeciwieństwie do pierwszej ciąży, u Stasia wszystko przebiegało prawidłowo. Franek zaczął jeść chleb z szynką na kolację, i coraz lepiej szło mu raczkowanie, wstawanie i głośne domaganie się swoich praw.
Marzec:
To przede wszystkim doskonalenie umiejętności chodzenia, chociaż na czworaka było znacznie szybciej i bezpieczniej. Cieszenie się każdym nowym kroczkiem i początek problemów w pracy. Najśmieszniejsze było to, że bardzo uważnie trzeba czytać pisma, które ci podsuwają, bo potrafią naprawdę mocno człowieka wkurzyć - a człowiek chroniony wszak jest, bo mieszka w nim maleńka istotka. Niestety, nieznajomość prawa szkodzi. Więc nie daj się zastraszyć jak ja w marcu, bo potem strasznie długo trwa odkręcanie. I potrafi być nieprzyjemne. Na szczęście po powrocie do domu można było cieszyć oczy widokiem syna z kiełbachą.




poniedziałek, 17 grudnia 2012

garść przedświąteczna

"Nie pójdziesz do przedszkola jak będziesz lał w pieluchy" - powiedział tata, kiedy po powrocie z pracy zaczął opowiadać o spotkaniu pani dyrektor z przedszkola, która jasno określiła to jedno wymaganie. "Nawet jeść nie musisz, gadać nie musisz, ale toaleta koniecznie". No i się zaczęło. Nocnik. Wszędzie, ciągle. I odwieczne pytanie: "Synu, chcesz e-e? A może siusiu? Chodź zrobimy kupkę. Nie? To może za chwilę?!" Są oznaki radości, kiedy zdarza się po nocy sucha pielucha i kiedy w nocniku kilka minut później pojawia się to i owo. Są ucieczki i chowanie się w ustronne miejsce. I jest namiętne spuszczanie wody w toalecie, co tata skwitował krótko: "nie ma bonusiku bez siku". Jest i cierpliwe czekanie, może sam zakuma?

Jest i druga kwestia. Za chustami nie przepadam bo ciągle mi się wydaje, że dziecko w takiej chuście to jakieś takie połamane i jakoś tak nieporęcznie. Ale przez przypadek w sobotę zobaczyłam w necie chustę mej taj i się zakochałam. Wczoraj sprowadziłam sąsiadkę, która jest z maszyną do szycia najlepszymi kumpelami i po świętach szyjemy.Tylko materiał kupić i do dzieła!


źródło: http://pathi.pl/pl/

Tyle u mnie. Oprócz tego, że muszę się wziąć za jakieś brzuszki czy co, bo po porodzie było jeszcze jako tako, ale teraz coraz więcej fałdek (damn!) a Sroga już oficjalnie stwierdza, że z tym pieczeniem to mi coś na mózg padło.

Dobra, czas się zbierać, bo idziemy ze Stachem do szpitala znowu krew badać.
Muchos smoochas :)
Sarna

czwartek, 6 grudnia 2012

jak dobrze wstać przed świtem...

Witam o poranku. Lekcje na dziś są już przygotowane, wypracowania poprawione. "Herbata czarna myśli rozjaśnia" i tylko jeszcze kilka spraw do Świąt zostało do pozałatwiania.
Na "to-do" list zostało mi tylko umówienie się z fryzjerem przed świętami.


Od porodu minęły dwa miesiące. Staszek dźwiga główkę coraz śmielej i waży już ponad 6 kg. Cierpliwie daje się całować bratu, który od całuska w czółko albo rączkę zaczyna każdy dzień. Czasem miewa jakieś małe zaparcia, ale dajemy radę - na szczęście przesypia calusieńkie noce! I nie toleruje smoczka, mimo tego, że od czasu do czasu próbujemy go mu wepchnąć. Pluje i koniec. Nie ma zmiłuj.

Franek bryka. W związku z opadami śniegu wyciągneliśmy już sanki wzbudzając nimi niemałą sensację na Krupówkach. (już były nawet obfotografowane w tym sezonie przez jakiś angoli - I just have to show this to my grandchildren! This sleigh is unbelievably amazing!)

Atmosfera świąt jakaś daleka i obca, chociaż wczoraj piekłam już pierniczki (oczywiście z przepisu z "Moich wypieków"). Może trochę na siłę? Może po to, żeby F zobaczył jak się wykrawa - sam na razie pchał tylko paluchy przez co trzeba było wielokrotnie wałkować ten sam kawałek ciasta. W przyszłym roku już na pewno mi pomoże :)

Jest tyle rzeczy, które chciałam napisać, ale które gdzieś wywietrzały. Do poczytania babes!
Sarna