piątek, 12 kwietnia 2013

Pojawił się

Jest! Po miesiącu wpychania pięści do buzi, zaślinianiu śliniaka w ciągu kilku minut, tak, że można go wykręcać i pakowania do buzi wszelkich możliwych przedmiotów pojawił się on. Pierwszy mleczny ząb juniora. A za chwil parę pojawi się ten drugi. Już go powoli wyczuwam :)
Sarna
ps. Girls, dzięki za info co i jak - przeczytałam, a jakże, ale mam teraz kocioł, że hoho, i stronię od kompa, ale w końcu siądę. I napiszę.
S.

środa, 27 marca 2013

mem na dziś

źródło: http://blog.thebump.com/2013/03/19/15-of-the-most-ridiculously-funny-baby-memes-on-the-planet/

Sarna

piątek, 22 marca 2013

krzywa

W czasie ubierania bluzki popatrzyłam na siebie w lustrze. Nie dowierzyłam. Popatrzyłam jeszcze raz. Jakoś tak z jednej strony wystaję bardziej niż z drugiej. Upewniłam się, że nie stoję krzywo. Dalej wystaję. Skolioza, ot co. Witaj basenie przynajmniej trzy razy w tygodniu. Żegnaj kompie. Nie mówię, że na zawsze. Mówię: że ograniczam.
Sarna

czwartek, 21 marca 2013

may i feel said he by e e cummings

may i feel said he
(i'll squeal said she
just once said he)
it's fun said she

(may i touch said he
how much said she
a lot said he)
why not said she

(let's go said he
not too far said she
what's too far said he
where you are said she)

may i stay said he
(which way said she
like this said he
if you kiss said she

may i move said he
is it love said she)
if you're willing said he
(but you're killing said she

but it's life said he
but your wife said she
now said he)
ow said she

(tiptop said he
don't stop said she
oh no said he)
go slow said she

(cccome? said he
ummm said she)
you're divine! said he
(you are Mine said she)


mój komentarz jest zbędny ;)
Sarna

poniedziałek, 18 marca 2013

kilka faktów z tłumaczenia

(pamiętajcie, że niemiecki to w sumie mój trzeci język, więc robię co mogę ;))
"Pierwszy raz pojechaliśmy do Polski w czerwcu 2009 odwiedzić dzieci Moniki, które mieszkają z jej byłym mężem. Przeraziłem się, że jest ich aż czworo. Dzieci nie były dobrze traktowane przez byłego męża Moniki. Chcieliśmy, żeby pojechały z nami do Niemiec, ale to jest nie lada problem, bo nie mamy znikąd żadnej pomocy i nie możemy liczyć na większe mieszkanie czy dom. Dlatego właśnie szukamy pomocy wśród zwykłych ludzi, żeby pomogli nam zapewnić tym dzieciom jakąś przyszłość.
Pieniądze, które Monika wysyła na jedzenie dla dzieci jej były mąż przeznacza na alkohol i narkotyki. Zdecydowaliśmy się odmalować chociaż jeden z pokoi, żeby dzieci nie mieszkały w takim strasznym syfie. Kiedy przygotowywaliśmy kolację dzieciaki były zachwycone, że w końcu zjedzą coś dobrego i ktoś dorosły spędza z nimi czas.
Dzieciaki spały w dużym pokoju, chyba, że były mąż Moniki urządzał jakieś "spotkanie" z kolegami. Wtedy dzieci nie miały gdzie spać i często nie mogły też wejść do dużego pokoju, który był oblegany przez pijanych kolegów ojca. Kiedy dzieci prosiły o coś do jedzenia wyrzucał je z domu i krzyczał na nie, bo mając kaca i z bolącą głową nie był w stanie się nimi zajmować."

Gdzieś indziej było napisane, że tak duża ilość dzieci w związku Moniki i jej byłego męża wynikała głównie z gwałtów. A facet jest alkoholikiem i narkomanem. Riki jest wcześniakiem urodzonym 2 miechy za wcześnie, a w związku z tym, że niemiecki Jugendamt bardzo często odbiera prawa rodzicielskie rodzinom zza wschodniej granicy, trafił do polskiego Domu Dziecka.

Były mąż Moniki też nie jest bierny i przedstawia sytuację z własnej perspektywy:
Historia 52-letniego Bogusława Krawczyka z Nowej Huty, którą opisaliśmy wczoraj, wzruszyła nie tylko mieszkańców Krakowa, ale całego województwa. Nie milkły telefony osób pragnących pomóc ojcu samotnie wychowującemu dzieci. Jedni są gotowi opłacić część zadłużenia za mieszkanie, inni przekazać łóżka i ubrania dla dzieci.
Bogusław Krawczyk już od roku wychowuje czworo dzieci: 10-letnią Patrycję, 8-letnią Oliwię, Kacpra (5 l.) i Gabrysię (2 l.). Jego żona wyjechała do Niemiec i już nie wróciła. Trzypokojowe mieszkanie socjalne jest zadłużone na 20 tys. zł. Sąd nakazał eksmisję. Krawczyk chętnie by poszedł do pracy, ale najmłodsza córka ma chore nerki, nie może chodzić do żłobka i wymaga opieki. Sąsiedzi i nauczyciele starszych dziewczynek zgodnie przyznają, że tata stara się dbać o dzieci, dom.

Pomoc Krawczykowi oferują pojedyncze osoby, rodziny, pracownicy firm, restauracji, hurtowni. Nie chcą przedstawiać się. - Kiedyś spłonął mi dom. Wiem, jak się czuje człowiek w dramatycznej sytuacji - zadzwonił adwokat z Krakowa. - Mam dobry zawód, poradziłem sobie, ale teraz trzeba pomóc panu Bogusławowi. Chciałbym przekazać mu meble.
Mam m.in. rozkładane łóżeczka. Skontaktuję się także z Caritas, razem coś wymyślimy - dodał. Dowiedzieliśmy się, że adwokat jest gotów również spłacić część (5 tys. zł) długu Krawczyków.

Odebraliśmy również telefon od matki czworga dzieci. - Napisaliście, że potrzebują pościeli i odzieży. Mam dużo ładnych, niezniszczonych rzeczy. Zadzwonię do pana Bogusława, może jeszcze będę mogła jakoś go wesprzeć - powiedziała. Katolickie Centrum Kultury wraz z restauracją Piwnica przy ul. Wiślnej chcą pomóc finansowo. - Przelew przygotujemy na kwiecień, a teraz restauracja chce przekazać produkty na święta - poinformowała pracownica centrum. Z hurtowni obuwia z Bochni mali Krawczykowie dostaną komplet nowych butów.

- Dziękuję za wszystko. Brakuje mi słów, by opisać co czuję - mówił wzruszony Bogusław Krawczyk.

Chętni do pomocy mogą wpłacić pieniądze na konto: 29124047221111000048553573 w banku Bank Pekao SA Oddział w Krakowie, ul. Józefińska 18 z dopiskiem "Pomoc dla Bogusława Krawczyka".

Jeśli ktoś może zaoferować pomoc w innym zakresie, prosimy o kontakt pod nr 12 6 888 275.

http://www.gazetakrakowska.pl/forum/watek/213657,154,1.html?akcja=cytuj_post&id_post=5884065#5884065_pokaz

http://www.polskatimes.pl/artykul/238895,krakow-pomozmy-ojcu-z-czworka-dzieci,id,t.html


Sarna

piątek, 15 marca 2013

Historia Rikiego

Nie dawało mi to spokoju. I nadal nie daje. Po przetrząśnięciu internetu znalazłam informacje na temat rodziny Rikiego. Nie jest na świecie sam. Ma dwóch braci i trzy siostry. Ma matkę. Ojca. Rodzice mają mnóstwo problemów z niemieckim Jugendamt, ale myślę, że w końcu kiedyś tam wyjdą na prostą. Matce Rikiego strasznie współczuję. Rodzeństwu, które zostało w Polsce też. Ech, poczytajcie zresztą same jeżeli macie ochotę:

i jak tu nie ryczeć?
Sarna

czwartek, 14 marca 2013

Kulinarne zakopywanie topora

jak w tytule:
tarta z brokułami, szpinakiem, porem i cebulą z odrobiną papryki i ziół prowansalskich a na deser sakiewki z ciasta francuskiego z jabłkami. Sroga stwierdziła: "może być". Ale telewizora z samego rana nie popuszczę ;)
Sarna


środa, 13 marca 2013

Kłótnia

Pokłóciłam się srodze. Ze Srogą. O bezsensowne i ogłupiające oglądanie telewizji. Mam się przez tydzień nie odzywać. Odzywam się. Olewam karę. Sroga też się odzywa. Najpierw było dużo wyważonych słów: "nie będziesz mi wyłączała telewizora" - mówi S. "A właśnie, że będę." "Bo Cię z domu wyrzuce!" "W zimie nie wolno na bruk". Pogadały. Mam plan wywalić tego dziada. A z drugiej strony w nocy taj przyjemnie otumania jak spać nie mogę. Masz babo placek :/

piątek, 8 marca 2013

Riki Krawczyk

Miałam o nim napisać już dawno dawno temu - kiedy wróciliśmy ze Stasiem ze szpitala.
Bo drogi życiowe moje i Rikiego skrzyżowały się w krakowskim szpitalu. Kiedy zestresowani weszliśmy na oddział, do naszego pokoju zobaczyliśmy, że dwa łóżeczka dziecięce były już zajęte. W jednym leżała maleńka dziewczynka, która zapominała oddychać we śnie i rodzice cały czas nad nią czuwali. W drugim łóżeczku leżał Riki. Nie Rysiek, nie Richard, nawet nie Rychu, a Riki właśnie. Przy jego łóżeczku nikogo nie było. Najpierw pomyślałam, ok, matka poszła coś zjeść, albo do toalety, albo spotkać się z kimś na dole w kawiarence. Ale minuty leciały, a u niego nadal pustka. Riki uśmiechał się do mnie, więc i ja uśmiechałam się do niego. Miał 6 może 7 miesięcy i był bardzo promiennym dzieckiem. Moje uśmiechy zobaczyła pielęgniarka i... dostałam burę. Bo Riki to pacjent z Domu Dziecka, a pielęgniarki nie bardzo mają czas na bawienie się z nim, więc biedak większość czasu leżał sam jak palec. Zapytałam, czy skoro już jestem z nim w jednym pokoju to czy mogłabym chociaż tyle się nim zająć. Usłyszałam: nie. Bo jak wyjdę a on się chociaż odrobinę przyzwyczai, to potem znowu pielęgniarki będą wysłuchiwały jego żale i jęki. Nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc. Nie mogliśmy nawet na niego spoglądać. Jak ściągał śpiochy musieliśmy prosić pielęgniarkę, żeby je z powrotem założyła. Riki miał mieć operację przepukliny. Domyślam się, że od wrzasku mięśnie brzuszka nie wytrzymały. Za każdym razem kiedy na niego spojrzałam (ukradkiem, rzecz jasna, żeby nie narazić się znowu pielęgniarkom, a żeby on nie widział) do oczu napływały mi łzy.
Mam nadzieję, że u niego wszystko gites, operacja się udała, a on sam trafił do rodziny, która pokocha go jak własnego syna.
Powodzenia Riki!
Sarna

wtorek, 5 marca 2013

Pomóż mi, siostro.

I jak nie pomóc, kiedy on 900 km stąd, a ktoś do prawnika musi iść? Idę więc. Zaopatrzona w podpisane in blanco kartki papieru. Idę powalczyć o to, żeby mój brat raz na zawsze przestał być oczerniany. Bo ileż można tych głupot słuchać? Mam nadzieję, że to się już niedługo skończy. Ostatecznie. I ona przestanie nosić moje nazwisko i wróci do swojego.
Sarna

poniedziałek, 4 marca 2013

Rossnę

Nie spodziewałam się. Zarejestrowałam się do programu rossnę, żeby mieć 3% ulgi na pieluchy (które nam odpowiedają) i kaszki (które z Michałem po prostu lubimy) no i kosmetyki dla chłopaków. Okazało się, że przechodząc na nowy poziom rabatowy (4%! ha!) dostaliśmy zawiadomienie, że na Krupówkach czekają dla chłopaków prezenty, Franek dostał memo z endo, a Staszek bodziachy z endo - mała rzecz, a cieszy :)
Sarna

czwartek, 28 lutego 2013

mydlenie oczu i tematy zastępcze

Polska drugą Irlandią, Hiszpanią... mówili nam. Japonią! (jak twierdził Wałęsa), zieloną wyspą w czasie kryzysu gospodarczego, krajem prosperity, mlekiem i miodem płynącym...
Media mydlą nam oczy związkami partnerskimi (same powiedzcie, czy warto o to kruszyć kopie), kosmtycznymi zmianiami w rządzie (z wyższą pensją Rostowskiego jako wicepremiera) i chęcią wprowadzenia wspólnej waluty. A tymczasem: pomimo kolejnej ogromnej fali emigracji jest coraz wyższe bezrobocie (a więc coraz więcej zamykanych zakładów pracy), młodzi ludzie tuż po szkole nie mają pracy i nie mają na co liczyć, najczęściej podpisywane są umowy śmieciowe, już nie wspominając o tym, że własny rząd i parlamentarzyści okradają uczciwych obywateli jak tylko potrafią (no chociażby te ostatnie premie - za co? za wykonywanie własnych obowiązków).
Ja rozumiem, że jest kryzys, ale jeżeli będą nami dalej rządzić ludzie, którzy zamiast się pokłonić przed wyborcami mają ich za nic przypominając sobie o nich tylko co cztery lata, to wybaczcie, ale odechciewa się wszystkiego.
Wybieranie pomiędzy złem a mniejszym złem nie jest żadnym wyborem. Przez takie działania w Sejmie zasiadają takie osoby jak Kotliński (który, jako były ksiądz jest tam tylko od ataków na kościół), Biedroń, który zajmuje się prawami mniejszości seksualnych czy Anna Grodzka (taaa, potwierdzcie, że jestem nietolerancyjna, ale nawet nie mam słów komentarza). A gdzie WYBITNI, KONKRETNI ekonomiści? Prawnicy? Gdzie ludzie, dzięki którym ma nam się lepiej żyć?? Szczerze mówiąc, można się naprawdę przerazić patrząc na wykształecenie niektórych z nich. Nie oszukujmy się. Psychologia klinicznia nie jest nam niezbędna, a tworzenie nowych miejsce pracy owszem. Nie pójście na wybory nigdy nie było dla mnie opcją. Pójście i zagłosowanie na mniejsze zło również nie. W czasie ostatnich wyborów świadomie oddałam nieważny głos. Bo skoro nie ma odpowiednich kandydatów, to dlaczego mam się zgadzać z czymś, czego absolutnie nie popieram?
I nie chodzi tu już o ideologię, kto ma rację w sprawie in vitro, czy można rozpoznać dzieciaki poczęte w ten sposób. Chodzi o to, że coraz więcej ludzi żyje w nędzy nie dlatego, że taki był ich wybór, ale dlatego, że zamknęli ich zakład pracy.
Ostatnio coraz częściej pukają do drzwi faceci, którzy chętnie naostrzą noże, odśnieżą, etc. etc. Nie żebrają, są jeszcze w sile wieku, chcą uczciwie zarobić.
Sąsiadka jest po operacji usunięcia przydatków. Ma głodową emeryturę. Harowała całe życie jak wół, teraz nie stać jej na leki albo na operację oka.
Mój ojciec się pewnie przewraca w grobie. Nie o taką demokrację walczył.
A naszym bogactwem co jest? Cwaniactwo, nic ponadto.
Sarna

ps. Potrzebuję wysiłku intelektualnego. Brakuje mi go od czasu skończenia studiów. Niestety... :/
S.

środa, 27 lutego 2013

Gratuluję serdecznie!

obejrzałam jeszcze przed galą rozdania i się nie zawiodłam. chłonęłam każdy wyraz, każdą głoskę. rola napisana specjalnie dla niego. teraz czytam scenariusz... kiedy chłopaki już śpią, wyganiam ich ojca od gry (obecnie jakiś asasyn) i wczytuję się w ten tekst. I znowu chłonę. I cieszy mnie, że za tę rolę dostał nagrodę... Należała mu się ;)
"(...) Well, frankly, I've never given anybody freedom before. And now that I have, I feel vaguely responsible for you. You're just not ready to go off on your own, it's that simple. You're too green, you'll get hurt (...)"
Gdybyście mnie zapytały czy warto, odpowiedziałabym bez mrugnięcia okiem - jak najbardziej!
Sarna

edit:
Facet nazywa się Christoph Waltz, dostał Oscara za drugoplanową rolę w Django, Quentina Tarantino.
Jeszcze raz, serdecznie gratuluję :)



poniedziałek, 25 lutego 2013

Franek ryczy, żeby dmuchać mu bański mydlane. Staszek ryczy, żeby go nosić na rękach. Sroga ryczy, żeby pozbierać ich zabawki. Książka ryczy, żeby przygotować lekcję na popołudnie. Obiad ryczy, żeby go ugotować. Żelazko będzie ryczeć dopiero po zajęciach. Podobnie mop i szmata w łazience. Idę. Jak ta joga nie zacznie się w przyszłym tygodniu to przysięgam. Zwariuję.
Sarna

środa, 20 lutego 2013

OOO czyli

ogólne osłabienie organizmu. Michał leży i dogorywa. Facet jak jest chory to niemal umiera. Czułe słówka szeptane do ucha nie pomagają. Mleko z karmelem i masłem nie pomaga. Pomagają witaminki. Podusia i kołderka. I piżama, która ma specjalne przeznaczenie: chorobowe pocenie. Byle to przetrwać ;)
Sarna

wtorek, 19 lutego 2013

Zawsze jest wesoło

kiedy można spotkać się z najbliższą rodziną. W tym tygodniu nawiedziła nas Rozdarta. Jest i Sara. I... jest bardzo wesoło. Franek nie puszcza Sary ani na krok. Nawet zasypia wtulony w kuzynkę. Staś jest rozpieszczany i spędza całe niemal dnie u cioci na rękach. Sroga ma dwie gęby więcej do wykarmienia, ale jakoś dajemy radę (jako przykładna córka pomagam jak potrafię).
Jest oczywiście kilka kwestii, w których się kłócimy. Chociażby kwestia podejścia do pewnych niezbyt pokornych zachowań pierworodnego. Rozdarta robi groźne miny. Ja olewam. Rozdarta mówi, żeby nauczyć go nie "klepać" innych kiedy się złości. Ja twierdzę, że jak nie będzie się na to reagować to sam zakuma, że to po prostu bez sensu. Rozdarta nie lubi bałaganu "pojedzeniowego" albo "pozabawkowego", a ja tłumaczę, że lepiej, żeby już teraz sam zakumał, że frajdą jest jeść samemu (do sprzątania zabawek zmusza pierworodnego jego własny rodzony ojciec). Rozdarta twierdzi, że wspinanie się na pralkę, albo inne wysokie urządzenia w domu (choćby np. pianino) nie jest wskazane, bo pierworodny: rozwali lustro, umywalkę i chyba przede wszystkim własną głowę :P, ja twierdzę, że kiedy jest asekurowany to wręcz powinien gdzieś dawać upust swojej energii (wczoraj nieomal nie wpadł do wanny z kąpiącym się Stachem, ale w porę go złapałam, Rozdarta prawie dostała zawału ;))
Jest wesoło. Uwielbiam odwiedziny rodziny :)

Sarna

poniedziałek, 18 lutego 2013

bo teraz musisz zmienić

sposób w jaki prowadzisz samochód. Jest trochę szerszy, więc uważaj na zakrętach. Jest trochę dłuższy, więc uważaj gdzie parkujesz, jest trochę niższy, więc uważaj na dziurach...
Tak, moje drogie, mam prawie 3 dychy na karku, prawo jazdy od lat 12 i nadgorliwego dziadka...
A ile było gadania jak się dowiedział o poniedziałkowej stłuczce!
Ale z tego wszystkiego najbardziej rozwalił mnie tekst: po co wyciągasz to auto z garażu, nie musiałaś jeździć przez ostatnie pół roku, to po co teraz nagle??


I jak go tu nie ubóstwiać? :D
Sarna

piątek, 15 lutego 2013

przyczepiło się

nucę pod nosem, może nawet i lepiej, bo przynajmniej nie przeklinam, chociaż póki co jestem 7 zeta do tyłu - przez dwa dni to i tak sukces - (szczerze mówiąc nie wiem jak to się stało, że się tak rozpasałam z tym przeklinaniem, straszny nałóg); w każdym razie nucę. I nie jest to jakieś byle co. Non stop chodzi za mną pewne ciasteczko. Ciasteczko, które w dodatku ktoś ukradł :)
a jak ja nucę, to Franek tańczy... bardzo energetycznie, kręcąc dupełkiem na prawo i lewo :D uwielbiam nucić, kiedy Nizioł tańczy :D
no to co? przyłączycie się? ;)
Sarna

środa, 13 lutego 2013

Matura to...

o właśnie. Czym jest matura? Czy naprawdę zdanie matury w dzisiejszch czasach sprawia, że człowiek jest mądrzejszy życiowo, albo jak go coś boli to wie do którego lekarza się udać? Coraz bardziej zaczynają mnie przerażać młodzi ludzie, dla których nie wiedza jest wartością a zabawa. I z jednej strony maturatobzdura.tv jest zabawne, a z drugiej mocno przerażające.
Pamiętam, że jako dzieciak uwielbiałam przeglądać książki. Pamiętam moją pirwszą encyklopedię dla dzieci, którą wertowałam tam i z powrotem, pamiętam zdziwienie starszych kuzynek, kiedy w wieku lat 8 wiedziałam ile jest planet w układzie słonecznym i jak się nazywają. Lubię wiedzieć. Moi znajomi też lubią i niesamowicie drażnią mnie ignoranci. Kiedy dziecko przychodzi z zadaniem domowym i słyszy od rodziców: nie wiem, sam sobie poszukaj. Samodzielne szukanie ma sens, owszem, ale wspólne jest nie tylko bardziej sensowne ale jaką daje przy tym frajdę dziecku!

Takie tam moje przemyślenia z okazji Środy Popielcowej ;) a teraz idę dać posypać sobie głowę... I muszę coś ta ten Wielki Post sobie postanowić. Może koniec z przeklinaniem pod nosem?
Sarna

wtorek, 12 lutego 2013

coś mi się zdaje,

że ten tydzień będzie pod znakiem różnych dziwnych wypadków. Wczoraj wieczorem chociażby mała stłuczka. Dziś od rana niespokojny Franek i ryczący Staszek. I do tego ten pryszcz na czubku nosa. Just greet yout teeth and bear it... Sarna

poniedziałek, 11 lutego 2013

adios

Nie żegnam się z blogiem - co to, to nie. Nasze drogi zeszły się w 2007 roku. Tuż po zaręczynach nastał boom budowlany i szukaliśmy dla siebie gniazda. Po przeczesaniu lokalnych ofert i obejrzeniu kilku działek pod ewentualną budowę, pojechaliśmy do Nowego Targu żeby tam dokonać tego samego - w końcu przecież można te 20 km dojeżdżać codziennie do pracy, prawda? Ludzie dojeżdżają nawetz Rabki czy z Limanowej i żyją. Podpisaliśmy umowę na dziurę w ziemi (jak wszyscy wtedy, boom to boom, trzeba brać co dają), wzięliśmy kredyt, dostaliśmy jakąś kasę na start od rodziców... Jeździliśmy, doglądaliśmy, patrzyliśmy jak w naszym budynku powstaje piętro po piętrze, jak tworzą się instalacje, jak wprowadzane są nasze poprawki (rzecz jasna uzgadniane z architektami i deweloperem) i cieszyślimy się, że tuż po ślubie będziemy mogli się wprowadzić do własnych czterech ścian. Koncepcje urządzenia mieszkania zmieniały się co chwila. Najważniesza zmiana dotyczyła przeniesienia kuchni do salonu, a tam gdzie była kuchnia urządzliśmy naszą sypialnię. Wszystko "stawało" się bardzo powoli. Oczywiście deweloper miał obsuwę w związku z czym nie mogliśmy się przenieść na swoje tuż po zaobrączkowaniu. Sroga przygarnęła M pod swoje skrzydła i w trójkę bardzo fajnie nam się mieszkało. Zaczęliśmy przewozić rzeczy, meblować, kupować plamy, dywany, dodatki. M pracował do 16 ja do 20 czasem 21 a potem nie chciało nam się już jechać do naszego gniazda. Jeździliśmy na weekendy. W piątek po poludniu, wracaliśmy w niedzielę wieczorem. Sroga nie wypytywała kiedy chcemy tam zamieszkać na stałe, my przestaliśmy mieć parcie, żeby się tam ostatecznie przeprowadzić. W gnieździe jednak odbyło się mnóstwo imprez. Kilkanaście parapetówek, urodziny, imieniny. Włożyliśmy w to mieszkanie mnóstwo siły, pracy, serca i czasu. Kiedy byłam w zagrożonej ciąży przestaliśmy jeździć. Zresztą wtedy ograniczyłam wszystkie swoje wyjazdy. Nie chciałam, żeby Frankowi coś zaszkodziło. Dracene umarłam. Pomimo prób reanimacji, po namowach Gewci - odeszła do wiecznego ogrodu. Ogórdek też zapuściłam. Od czasu do czasu Czarny jadąc z Kraka bzyknął trawę i tylę. Z marzeń o pięknych donicach wypełnionych surfiniami i pelargoniami ostał się jeno kaktus. Z marzeń o wspólnym domu - zaciszny pokój u Srogiej. Po pojawieniu się Franka jeździliśmy do gniazda raczej po to, żeby zostawić tam małe ubranka a zabrać te większe. Nocowalśmy już tylko od wieliego dzwonu. Sroga zresztą też wolała mieć wnuka przy sobie - strasznie się z nim zżyła, a stanie w korkach ulicznych w sezonie zatruwało nam życie. Wszak do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do tego, że wszędzie można dostać się pieszo, a tam bez samochodu byłoby ciężko. W końcu zapadła decyzja o sprzedaży. Rok temu poszliśmy do biura gdzie nam powiedziano, że będzie ciężko. Ale tę historię już znacie. Jej finał rozegrał się w zeszłym tygodniu kiedy to ostatecznie podpisaliśmy u notariusza umowę sprzedaży. Ryczałam jak bóbr. W końcu ten kawałek przestrzeni był tylko i wyłącznie mój: przeze mnie zaprojektowany i nawet nie do końca urządzony. Stało się. Oddaliśmy klucze. Zamknęliśmy ten rozdział. Sarna

czwartek, 7 lutego 2013

it's snowing!




Uroki zimy

Wstaję rano i moim zaspanym oczom ukazuje się piękny widok. Wszystko zasypane - dosłownie. Nie ma jak wyjść z klatki. Nie ma jak dojść po łopatę do garażu. Nie ma jak poruszać się wózkiem po chodniku. Wszystko białe. Nie narzekam, bo na to właśnie czekałam. W końcu Zakopane wygląda tak jak powinno każdej zimy, jest biało!
http://24tp.pl/?mod=galeria&id=1243
jak tylko zgram zdjęcia z telefonu to dorzucę
na razie udało mi się przekopać do garażu - nie ma to jak w sąsiedzkiej jedności siła!!
Sarna

środa, 6 lutego 2013

twarde lądowanie

W końcu ktoś powiedział mi: nie. Twarde i stanowcze. Może to i lepiej? Do tej pory wszystko szło po mojej myśli i byłam zachwycona życiem. Teraz trochę się to zmienia, bo dostrzegam to drugie dno. Zamiast się tak denerwować przez ostatnie dwa dni mogłam zadzwonić w poniedziałek. Zadzwoniłam wczoraj bo Michał już nie mógł znieść 15 maili na minutę. I było twarde lądowanie. Do wieczora widziałam jeszcze wprawdzie same złe strony całej sytuacji, ale potem wrócił temat własnego rozwoju. I ten oto koleś, którego już przedstawiałam Wam na poprzednim blogu:
Sarna

wtorek, 5 lutego 2013

od wczoraj

nerwy dają o sobie znak. Boli mnie brzuch. Nie mogę myśleć o niczym innym. No cholera jasna! Ileż można czekać?
Sarna

poniedziałek, 4 lutego 2013

błąd czy błond?

Ortografia jest ważna. I serce się kraje na widok różnych błędów większych lub mniejszych. I ja też je popełniam. Czasem celowo, czasem nieświadomie, a czasem z roztargnienia. I po wczorajszym wydarzeniu śmiem twierdzić, że ludzie są albo bardzo roztargnieni, albo bardzo dyslektyczni. Rzeromskiego. Ot co!
Sarna

piątek, 1 lutego 2013

trzeba czekać

Powoli zaczynam być mistrzem cierpliwości. I kto by pomyślał? Ja, choleryk i raptus. Nigdy bym się o to nie posądzała. Nie mogę równać się jeszcze z dziadkiem, który jak ma coś  do zrobienia to stara się odłożyć to na "jak najpóźniej" i przemyśleć wszelkie kwestie z różnych perspektyw i przeczytać całą fachową literaturę na ten temat. Teraz z jednej strony chciałabym, żeby w końcu się wszystko wyjaśniło, a z drugiej - czekanie też ma swoje plusy. Póki co nic nie zależy ode mnie. Ja zrobiłam tyle ile mogłam.
Sarna
ps. dość enigmatycznie, ale mam nadzieję, że pod koniec przyszłego tygodnia wszystko nabierze już ostatecznych kształtów i wtedy zdecydowanie będzie o czym pisać :)
Sarna

środa, 30 stycznia 2013

chain drills - czyli ryjemy beret

To jest kotek. Kotek robi "miał". To jest piesek. Piesek robi "hau". To jest krówka. Krówka robi "muu". To jest... Na studiach uczono mnie, że "repetitio est mater studiorum" i tego właśnie się trzymam w powolnym procesie uczenia pierworodnego. Wprawdzie są to, póki co, wyrazy mało skomplikowane i rzekłabym dość prymitywne, ale przecież nie zaczniemy od transformatora czy kaloryfera (swoją drogą mój brat od tego zaczął i teraz jego dzieci wymawiają piękne, nieco francuskie "r"). Oglądając ulubioną książeczkę wskazujemy na znane już przedmioty, nazywamy je (ja po polsku, Franek po swojemu), potem nazywamy nowe i dopiero następnie przechodzimy na następną stronę. Swoją drogą, nawet nie załapałam momentu, kiedy z fascynacji przekładaniem kolejnych kartonowych kartek, albo darcia książeczek (tak tak - do tej pory są straty w postaci trzech sztuk!) pierworodny zajął się nad wyraz dokładną lustracją każdego obrazka.
Podobna metoda sprawdza się w nauczaniu języków obcych - Happy, wiesz o czym mówię, prawda ;)?
A: I'm going to bring an apple.
B: You're going to bring an apple, and I'm going to bring a banana.
C: Kasia's going to bring an apple, Zuzia's going to bring a banana and I'm going to bring a cherry. etc etc...

Myślę, że za jakieś pół roku zamiast po polsku będziemy omawiać książeczki w języku Shakespeara. A co! Niech dzieciak nie ma za łatwo w życiu ;)
Sarna
P.S. Jutro trochę niespodziewany wyjazd do Kraka. Bardzo się denerwuję, ale o Stacha tym razem nie chodzi. Powoli wszystko zaczyna się wyjaśniać, ale, ciągle, nie zapeszam.
S.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Śniło mi się

że znałam dokładną datę swojej śmierci. Co do minuty. Że tuż przed tym ważkim wydarzeniem zamykałam jeszcze swoje sprawy, robiłam jakieś przelewy bankowe, pisałam ostatnie notatki. Chciałam też jak najwięcej czasu spędzić z najbliższymi. Obudziłam się tuż przed własną śmiercią. ( ostatnie zdanie jest co najmniej dziwne).

Mamy dwie interpretacje:
1. Sroga twierdzi, że będę długo żyła
2. Ja twierdzę, że jakiś etap w moim życiu powoli się kończy a zacznie następny

Optuję za opcją drugą, chociaż długie życie w zdrowiu też ma swoje plusy :D
Sarna

piątek, 25 stycznia 2013

Rzeczywistość alternatywna...... czyli co by było

gdybym dostała się na dzienne studia, które planowałam?
gdybym wyjechała z Z-nego?
gdyby tata jeszcze żył?
gdybym zamiast Michała wybrała innego Michała?
gdybym nie podjęła pracy po licencjacie?
gdybyśmy nie kupili gniazda?
to wszystko jeszcze jakoś mogę przełknąć.
Nie mogłabym znieść jednej myśli - gdyby chłopaków nie było.
Sarna


czwartek, 24 stycznia 2013

W taką pogodę?

Nie warto się martwić
Nie warto siedzieć w domu
Nie warto grzać fotela!
W taką pogodę synowie śpią na zewnątrz, a matka trzepie dywany w śniegu ;)
Sarna

środa, 23 stycznia 2013

Krótko o tolerancji





Czy mimo tego, że się kogoś nie lubi, albo nie zgadza z jego poglądami nie należy się jakiś tam, szeroko pojęty szacunek? Czy spotkawszy na drodze swojego wroga trzeba od razu pluć mu w twarz? Czy musimy być otwarci tylko na tych, którzy myślą podobnie do nas?
Sama mam z tym czasami problem. I nie raz zdarzyło mi się w myślach przeskrobać to i owo. I uwielbiałam dyskutować, czasem bardzo ostro z tą oto Kasią. No i zdarzyło mi się werbalnie zbluzgać bratową - tzn powiedziałam jej, że trzeba się było zastanowić zanim podjęła się wykonywania najstarszego zawodu na świecie - w czasie rozmowy z nią oczywiście nie byłam tak elokwentna jak teraz ;) Ale moje najlepsze przyjaciółki chociażby mają zupełnie inne podejście do świata niż ja. I co z tego? No dobra, jedynym tego minusem jaki znam to to, że nie mogły być chrzestnymi matkami moich dzieci. (co nie zmienia faktu, że chrzestnymi matkami moich dzieci są inne wspaniałe kobiety, a na dodatek wierzące i praktykujące).


Do sedna więc. A, uwaga, będzie politycznie.


           Wczoraj w jednym z zakopiańskich hoteli (do którego zresztą Franek co tydzień zabiera tatę na zajęcia z pływania) przybył były prezydent III RP Lech Wałęsa. Przybył on aby zrobić mały wykładzik na temat promowania lokalnych przedsiębiorców (hodowców owiec, producentów żyntycy czy czego tam jeszcze) za granicą. Miasto całe oplakatowane było już bez mała dwa tygodnie przed tym jakże ważkim wydarzeniem.Lecha Wałęsy przedstawiać nie muszę. A może też nie chcę? Nie podobał mi się sposób w jaki sprawował swoje rządy. Nie podoba mi się styl w jakim pracuje teraz. Ale czy muszę od razu bojkotować jego przyjazd? Piękne plakaty zostały opatrzone naklejką "persona non grata" i każdy zakopiańczyk wie kto je tam umieścił. Pytanie tylko: po co? Jaki to miało cel? Czy wzbudziło niechęć, a jeśli tak, to do kogo? Czy naprawdę to coś komuś dało? Ktoś przez to wyzdrowiał? Ktoś dostał pracę? Ktoś wygrał w totka?
Eh... tolerancja tolerancja :)
Sarna

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Spotkanie ze "szwagrem"

Kto kłamie? Ten kto się boi, rzecz jasna. Ten, kto ma coś na sumieniu. W końcu ten, co prawy mówić nie umie.
Wczoraj zadzwoniła Ruda, że dziś przyjdzie po narty. Ok, mówię. Wpadnij, to ci je dam - ojciec Rudej zostawił wszak owe narty u nas w garażu, bo skoro limuzyny póki co brak, to miejsca jest że ho ho.
No i przyszła dziś biedaczyna po te narty. Podwiózł ją nawet obecny partner mojej szwagierki. I wiecie co? Zaparkował 500 metrów od rzeczonego garażu.
Niesienie przez 13-latkę butów narciarskich, nart i kijków jest dość niewygodne. Zaoferowałam pomoc. Jestem przekonana, że dorosły facet najzwyczajniej w świecie bał się spotkania ze mną i stanął tak daleko, żeby owego spotkania uniknąć. A tu - taka niespodzianka! Jego mina była bezcenna. On grzecznie: "dzień dobry", ja do niego "cześć" - no chyba nie myślał, że skoro stanowi rozrywkę erotyczną dla matki moich bratnaków to będę się do niego odnosiła jak do jakiegoś arystokraty! I mówię mu grzecznie, że następnym razem niech gdzieś bliżej stanie, bo to jednak jest kawałek dla nomen omen jeszcze dziewczynki. "Nie ma takiej potrzeby". Egoista. To nie on nosi, więc potrzeby nie widzi. "Słuchaj", mówię więc, "to moja bratowa jest durna i się puszcza, a ty dziś będziesz jutro pewnie nie, więc po co się honorem unosić, i strachem?" uśmiechnęłam się i odwróciłam plecami. A potem aż mną wzdrygnęło. I się otrzepałam jak pies po wyjściu z wody. Z takim brzydalem do łóżka? Musiałabym chyba rozum stracić... Najwyraźniej Pustówa straciła. Ale o tym możemy się przekonać średnio raz w mięsiącu.
Eh...
Sarna

sobota, 19 stycznia 2013

Ludzik jak z Michelin

Nie przeczę. Rodzę dorodne dzieci, chociaż z tendencją zniżkową. W zeszłym tygodniu byliśmy ze Stasiem do szczepienia i na kontrolę wagi. Myszaty nie jest drobnym dziecięciem. Waga urodzeniowa: 4000; waga po ukończeniu 3 miechów: ekh khm hrgr... no... wiecie... nie jest stredydem, tylko tak szybko przybiera, no więc, waga po ukończeniu 3 miesięcy 7280. Za szybko coś. Pani antropolog (za każdym razem będąc w Kraku ją odwiedzamy) stwierdziła, że przybiera prawidłowo i mając już 63 cm długości waga jest absolutnie prawidłowa i nie ma się czym martwić... A ja za każdym razem jak ściągam mu rajstopki nie mogę oprzeć się uczuciu, że mam przed sobą o to:
przynajmniej na tych uroczych udkach :)
dlatego od trzech dni na kolację piję wodę. Szklanka zamiast muffinek, kanapek, etc etc... Trzeba dbać o linię, wszak z każdym dniem coraz bliżej do wiosny!
Sarna

piątek, 18 stycznia 2013

Świat jest mały

Choćby ta sytuacja z ostatniego piątku. Wchodzimy do salonu, podchodzimy do uroczej pani, która jest chętna i gotowa odpowiedzieć na wszelkie nasze pytania. Pani jednak, nie czując się na tyle kompetentna, zaprowadza nas do pokoiku w którym, nomen-omen siedzi mój kumpel z ogólniaka. Niby to tylko sto kilometrów od domu. Niby większość z moich znajomych wyjechała do Kraka. Ale żeby w salonie? Nie pamiętam, żeby samochody go jakość specjalnie interesowały. A tu - masz! No i mamy swojego człowieka na właściwym miejscu :) i chętny do pomocy w razie jakichkolwiek pytań! Ha!
Sarna

czwartek, 17 stycznia 2013

dzisiejszy wpis sponsoruje literka "a"

W Boże Narodzenie 2011 Franek dostał chodzik V-techa. Uwielbiał bawić się przyciskami. Potem zostawił panel i... nauczył się chodzić robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Teraz wrócił do panelu. Mama pokazuje "a", Franek pokazuje też. A jak arbuz. Mniam. Franet, pokaż "a". Pierworodny naciska odpowiedni guzik i ma przy tym radochę. A. Skrzypi maszyna. A jak arbuz. Mam trochę obiekcji co do tej tresury, ale widać, Franek się cieszy. A skoro on, to i ja.
Idziemy odkurzać. Franet swoim odkurzaczem, ja swoim. A Sroga za nami - ze ścierą :)

Sarna

środa, 16 stycznia 2013

po wizycie w Krakowie

Staszek nastraszył nas w pon zbyt niskim tym razem poziomem fenolu, więc pełni mieszanych myśli zawitaliśmy u pani prof. Ta jednak stwierdziła, że wszystko gites.
Jazda avensis należała do najprzyjemniejszych w życiu, ale to jeszcze nie jest nasza nowa limuzyna.
Zakupy... w home and you jest przepiękna narzutka z nowej kolekcji. Się napaliłam. Cena mnie ostudziła. 300 zł za kawałek materiału do przykrycia łóżka? damn! wolę kupić chłopakom za to ze dwie pary łyżew, albo pół rowera albo 6 piłek... poczekam na przecenę, a nuż się uda??
próba wciągnięcia na siebie sukni ślubnej spełzła na niczym... a może raczej powinnam powiedzieć, że zaczęłam szlochać i ubolewać nad swoją wagą i nową budową ciała? dla zabicia smutków idę piec ciasteczka owsiane.
Sarna

poniedziałek, 14 stycznia 2013

czy podołam?

od kilku dni kołacze się po głowie:
czy podołam? czy będę taką mamą jaką chciałam być? czy starczy mi sił, cierpliwości, humoru?
a jeżeli nie starczy?
Sarna

niedziela, 6 stycznia 2013

podsumowanie - part 4 ostatni

Październik:
To przede wszystkim oczekiwanie i przyjście na świat Juniora. Myszaty okazał się równie leniwy jak jego brat, ale, że przestraszył się oksytocyny wylazł w najlepszym dla siebie czasie. Z perspektywy trzech miesięcy (bo dziś już właśnie skończył 3 miechy! kiedy to minęło?!) podziwiam panie położne, że ze mną wytrzymały tę godzinkę na bloku. No bo chyba nie pisałam, że drugi poród to był przyjemny spacerek w porównaniu z tym pierwszym, ale darłam się równie głośno...
Klusuś, jeszcze raz dziękuję za cenne rady i wskazówki :) dzięki temu wszystko poszło jak z płatka, a ja do całej sprawy podeszłam bardziej dojrzale. (wody zaczęły odchodzić o 5:00, pierwsze skurcze o 8:00, potem pożywne śniadanie, żeby mieć mnóstwo siły - zjadłam owisankę - Michał gotował, o 10:00 jazda z Piotrkiem do szpitala, ktg, które szybko odłączyli, bo się już darłam z bólu, 3 sekundy na moim ulubionym krzesełku, jeden wziew gazu rozweselającego, dziwne pytania pani położnej w czasie skurczów partych typu: ile lat ma mąż i moja odpowiedź w stylu: urodził się w roku tym i tym - same sobie policzcie i 11:15 - witaj na świecie, syneczku!) a potem komentarz neonatologa: pani jest pielęgniarką czy nauczycielką? bo tylko pielęgniarki i nauczycielki się tak drą przy porodzie ;) nie miałam już siły, żeby mu się odgryźć - czekałam aż mnie pięknie pozszywają i odeślą do łóżka. A już po południu zobaczyłam swoich dwóch synków razem. Cudne były to widoki :) Październik to urlop Michała i przyzwyczajanie się do nowej sytuacji. Babcie bez pamięci zakochały się we wnuku (ósmy wnuk mojej mamy, drugi teściowej - straciła głowę na amen). To również wyprowadzka Michała z naszego łóżka. W czwórkę nie pomieścilibyśmy się na pewno, a tak, jeden śpi z tatą, drugi z mamą. Może to błąd, i ciężko będzie ich odzwyczaić, ale w końcu damy radę - a tych chwil z maleństwem nikt mi nie zastąpi.
Spacery spacery i jeszcze raz spacery. Korzystamy z pięknej pogody i wędrujemy po całym mieście. Staszek potrafi spać po 5-6 godzin (czy to w dzień czy w nocy) budząc się tylko na zmianę pieluchy, jedzenie i kąpiel.
Koniec października to jednak problemy zdorowotne i pobyt na oddziale drugim w Prokocimiu. Na szczęście stwierdzono hiperfenyloalaninemię, a nie fenyloketonurię. Jesteśmy pod stałym nadzorem poradni. A poziom fenyloalaniny we krwi systematycznie spada! Co nie zmienia faktu, że październik uważam za czas przeryczany.
Babcia bierze kolejne chemie, a na imieniny Srogiej przychodzi w nowej, ślicznej fryzurce (szkoda, że nieco sztucznej, choć z naturalnych włosów), bardzo schudła, ale dzięki temu lepiej się czuje (przed chorobą miała znaczną nadwagę). Chemie ją strasznie wycieńczają, ale daje radę. Próbujemy jakoś wspierać, ale chyba tylko wnukowie są w stanie poporawić jej humor. Po kolejnych badaniach i tomografie jest decyzja o kontynuowaniu chemii, po to, żeby jak w największym stopniu wytruć komórki rakowe, problem w tym, że nie wiadomo dotąd gdzie jest ognisko. Na szczęście w wynikach badań markerów coraz mniej.


Listopad:
Przyjechała Rozdarta. Dostałam telefon ze szkoły, że w związku z pismem od prawnika z propozycją ugody (czyt. dogadamy się tak, a nie w sądzie), dyr jest w stanie podpisać odpowiednie dokumenty. Nie pójdziemy do sądu. Woli nie robić szumu wokół sprawy. Jakoś wcale mu się nie dziwię, szkoda tylko, że musiał do niego przemówić prawnik, a moja skromna osoba została zignorowana. Tak to niestety jest, jak burak chciałby rządzić, a ja mam nauczkę na czałe życie. Trust noone.
Spacery spacery spacey. Odkrywamy pleśń w pokoju. Wielkie suszenie przemarzniętej ściany. Niech by to szlag! Piotrek z dzieciakami. Radość Franka. Zaczyna mi się korba z pieczeniem - na początek tort cappucino, potem ciasto marchewkowe, muffinki wszelkiej maści. Cudny był to czas :)




Grudzień:
Odmawiają babci chemii, bo wyniki badań nie są zbyt dobre. Dostaje leki i ma na siebie uważać. Nie może się przeziębić. Podobnie tydzień później. Chemia miała się skończyć przed świętami. Skończy się zapewne po Nowym Roku. Na szczęście dwa tygodnie później wyniki się na tyle unormowały, że mogli wcisnąć w babcię truciznę. Znowu była poddenerwowana, że coś jest nie tak. 
Franek do tej pory olewał brata - czytaj nie interesował się nim zbytnio. Teraz przychodzi każdego ranka do naszego łóżka, żeby dać mu porannego całusa, przytulić, cmoknąć w rączkę, a na deser przygnieść całym ciężarem ciała do materaca. Przygniatanie nie wzbudza w Staszku strachu, ani bólu, ani żadnego niepokoju. Niech się facet przyzwyczaja, W końcu ma brata, który staruje już do 7-letniego kuzyna (nie wtrącamy się, Maciek musi sam sobie radzić z F.) Staszek zaczyna coraz pewnie dźwigać głowę. W sumie ortoeda zalecił leżenie na brzuszku z podciągniętymi nóżkami a ileż można patrzeć na materac albo prześcieradło?
Pierwszy świadomy śnieg pierworodnego - uciechy co nie miara. Dzieci same się uczą go jeść - słowo daję, to było tuż po tym jak wyrżnął orła do zaspy! Zasypana twarz nie jest mu straszna. Wyciągamy sanki i wzbudzamy sensację.
Sroga bez pamięcizakochana we wnukach. Mówi, że my byśmy się mogli wyprowadzić, ale bez naszych infantis. Ha.... ha.... ha.... Z każdym dniem coraz bardziej odczuwa się zbliżające sie Święta. Przygotowaliśmy piernikowe choinki (tak tak, przepis z "Moich wypieków") a Franek zobaczył pierwszy raz świadomie choinkę (i zgniótł w łapach ze cztery bombki na "dzień dobry"). Choinka dzielnie jednak stoi i nawet się nie przewraca, pomimo ciągłych zaczepek pierworodnego. 
W przedświąteczny piątek wiadomość od Michała, ale na razie nie zapeszam bo wszystko w toku.
Połowa soboty spędzona poza domem w związku z piątkową wiadomością Michała. Niepewność i poddenerwowanie.
Pleśń zza biurka wlazła do szafy. W czwartą niedzielę adwentu robimy rewolucję w naszym pokoju i przemeblowujemy go. Preparat na pleśń jest w użyciu przez co dwie noce śpimy na wygnaniu. Święta przestają się fajnie zapowiadać.
Wigilia w tym roku w dziewiątkę. Piotrek bez dzieci. Sroga jakaś smutna i przygaszona - w kńcu pierwsza wigilia bez Wikty, Maćka i Michała. Rozdarta na skypie. Pyszna kolacja. Sroga zgarnia groszówkę z pieroga. Franek zjada dwie. Nie znaleźliśmy ich nigdzie - dosłownie - nigdzie. W I dzień Świąt jak zwykle cmentarz i obiad u teściów. Leniuchowanie i leniuchowanie.
II dzień to tradycyjne kolędowanie u przyjaciół. Zaśpiewaliśmy dwie kolędy. Dawno się nie widzieliśmy więc skończyło się na gadaniu. Podobnie w dzień po świętach. Znowu zawędrowaliśmy do nich. Kolejny dzień to spacer z rodzicami Klary i przygotowania do chrzcin. W sobotę chrzciny. Pięknie było. Sylwester w domu, konkretnie - we własnym łóżku. Nawet nie chciało nam się otwierać tego wina musującego. Ale wypiliśmy - w środę - na przekór tej całej tradycji. 








Życzę Wam i sobie, żeby ten nowy nie był gorszy niż ten, który dopiero co minął! Może być lepszy, bardziej towarzyski, bogatszy w pozytywne przeżycia, ale niech pewne sytuacje już się nie powtarzają. 
A co do postanowień, to: biorę się za siebie. Za swój rozwój w ogólnym tego słowa znaczeniu.
Sarna