poniedziałek, 31 grudnia 2012

podsumowanie po raz 3


Lipiec:
Wakacje czas zacząć! Zaczęliśmy od sprzątania Tatr, a Franka zdjęcia ukazało się w lokalnym brukowcu (Franek i burmistrz, przeznaczenie? :)) Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na świeżym powietrzu a ja stawałam się coraz większa. Ulubionym zajęciem pierworodnego stało się poklepywanie brata i robienie mi pierdziochów na brzuchu przy oburzeniu Srogiej. Odkryliśmy również na youtubie "świat elma" i naszą ulubioną pieśnią na każdą okazję stał się przebój wszystkich dwulatków "elma świat". Jako, że nie mamy żadnej kablówki (bo jest milion innych rzeczy do robienia niż oglądanie te-fał) youtube stała się ulubioną stroną pierworodnego.
Przyjechali Ania z Konradem na tydzień i przysięgłam sobie, że nie wybuchnę ani razu. Obietnicę tą oczywiście złamałam, bo się nie da wytrzymać. I dokładnie mogłam zaobserwować, że jak się mówi dzieciom, że tata jest podróżnikiem i wróci do nich jak już zrealizuje swoje pasje i marzenia jest dużo lepsze niż wmawianie dzieciom, że tata nastawia ich przeciwko mamie itd itd... (jednym słowem, mam dwie bratowe, z których jedna jest po prostu głupia, a druga po prostu wybrała sobie złego faceta bo głupi jest mój brat...)
Potem przyjechała Sara (za co bardzo Ci Panie Boże dziękuję, bo to była ogromna pomoc dla coraz większej i zziajanej mnie). Wprawdzie nie przewijała Frankowi pieluch ale ze swoim ogromnym potencjałem energetycznym dawała radę - na placu zabaw, na łące, na spacerach i w sklepach).
Potem imieniny Krzysztofa - Czarny ucieszył się z dwóch nalewek hand made, potem moje imieniny (uwielbiam dostawać całusy od męża!) i wspaniały relaks na leżaku przed domem w czasie kiedy pierworodny zażywał kąpieli w żółwiu.
Pierwsi zainteresowani obejrzeli gniazdo i... byli zachwyceni. Co z tego, że nie mogą go kupić dopóki nie sprzedają swojego w Z-nem? Uskrzydlona myślą o tym, że komuś spodobał się mój wychuchany i wydmuchany kawałek przestrzeni. I chyba mówili szczerze, bo chyba nikt nie wydałby grubej kasy na coś, w czym niemiałby ochoty mieszkać, prawda? Kazali zarezerwować sobie miejsce jako pierwsi, którzy będą o nie walczyć. Zakręciła się nie jedna łezka w mym oku. Wzruszenie? Poczucie, że coś tracę? Hormony ciążowe?
Informacja o chorobie babci G. Coś się jednak pierdasi ten rok.
Sierpień:
Sierpień upłynął nam pod hasłem wyjazdów. Kraków, Sudety, Rozdarta.Było fantastycznie. Były przygody większe i mniejsze. Żegnaj Nubiro [*]. Telefon ze szkoły. Złość, a potem poczucie ulgi. Jak się okazało, że nie pracuje tam 9 nauczycieli, którzy zrezygnowali niemal z dnia na dzień i jak ten obleśny facet musiał rozkminiać i błagać innych żeby się zgodzili u niego pracować! Mściwa nie jestem, ale nawet jak opowiadałam moją sytuację kobiecie w powiatowj inspekcji pracy, to przecierała oczy ze zdziwienia jaki normalny człowiek postępuje w ten sposób. Sprawa dalej w toku.
Kolejne golenie Franka. Sroga grozi, że nas wywali. Na razie mamy gdzie się podziać w razie czego.
Babcia po wielu badaniach przyjęła już kilka chemii. Powoli traci włosy, ale daje radę - nie poddaje się. Za każdym razem powtarzamy, że musi się zająć Staszkiem jak ten tylko się pojawi po drugiej stronie. Po krótkotrwałym spadku formy psychicznej bierze się za rogi z życiem. Póki co, wygrywa.





Wrzesień:
Spędzony głównie na telefonie i rozmowach z różnymi urzędami w sprawie załatwiania urlopu macierzyńskiego. Trudna i bardzo nieprzyjemna rozmowa z byłą szefową. Wysnuwanie wielu wniosków po tejże (rozmowie, nie szefowej). Wielka ulga, że nie będę musiała tam wracać - nigdy, przenigdy. Rozmowa z prawnikiem i przekazanie mu wszelkich dokumentów. A z Frankiem wczesno jesienny spacery. Mnie włącza się syndrom wicia gniazda i włączam w to pierworodnego. Nie ma innego wyjścia jak tylko się dostosować. Babcia przechodzi kolejne badania, punktuje swój nowotwór, ale jeszcze nie wygrywa walkoverem.

cdn.
Sarna



sobota, 29 grudnia 2012

podsumowanie po raz 2


 


Kwiecień:
 - święta Wielkiej Nocy, kiedy nie mogliśmy nawet dojść z wózkiem na Kalatówki, bo nasypało cały ogrom śniegu
- niespodziewany wyjazd na Mazury i smutne okoliczności pogrzebu jednego z wujków tuż potem
- roczek Franka! wow! nie był wtedy towarzyski, rzekłabtm wręcz, że był mega marudą (ale jak ktoś ma temperaturę, kaszel i zawalony nos, to ciężko mu być misterem dobrego humoru). Franek wybrał książkę chyba dlatego, że nie miał zbyt dużego wyboru :)
- początek sezonu na wypady w dolinki na pierwszy rzut zahaczyliśmy o siklawę (woda woda woda!!!)



Maj:
Po pierwszym roczku już nic nie stało na przeszkodzie, żeby dokonać pierwszych postrzyżyn syna. Czytaj: ogoliliśmy mu głowę na pałę bo jakoś facet i loki nie idą u mnie w parze. Babcia długo zawodziła i powtarzała, że jeśli jeszcze raz dokonamy na głowie syna taaaaaakiej zbrodni to nas poda do opieki społecznej... Nie podała... 
Wtedy to również rozpoczął się okres kąpieli na świeżym powietrzu (witajcie termy z ciepłą wodą!!!) i sezon ogniskowo grillowy.
A ja pół maja przesiedziałam na maturach... i zrobiliśmy remont łazienki... i obiecane ponad pół roku temu foty wrzucę - przed majem 2013 - aj pramis... tak upłynął dzień...






Czerwiec:
To wtedy pierworodny nabrał tyle siły, żeby zacząć otwierać szuflady i wszystko z nich wyjmować - efekty były przeróżne. Przyjechały ciocie. Rozpoczęło się euro... Franek zaczął jeździć na rowerze ze swoim tatą, a ja ze Stachem próbowaliśmy ich gonić. Teżna rowerze. Mojej gin się nie przyznałam, rzecz jasna. Wojna w szkole się toczyła... Wyczekiwałam już wakacji, żeby móc odpocząć od jednej tępej blondynki... jak się na szczęście okazało - never to see her again...



cdn...
ps. to nie moja pamięć :) to foldery ze zdjęciami :)
Sarna



niedziela, 23 grudnia 2012

podsumowanie po raz 1

Ten rok minął szybko. Bardzo szybko. Przeleciał przez palce a ja nawet nie zdążyłam dwa razy mrugnąć. Przeżyliśmy piękne chwile. Chwile smutne. Chwile przerażające. Wreszcie chwile ekscytujące. I nikt nie domyślał się, że większość z nich nastąpi w drugiej połowie tego roku. Bo nawet jak coś się sknociło, to i tak wyszło nam na dobre. Jakoś. Mówią, że kiedy Pan Bóg zamyka drzwi to otwiera okno. I tak właśnie było w naszym przypadku.
Styczeń:
Witanie Nowego Roku spędziliśmy w łóżku. Kocyk, podusia, herbata. Pełen chill out. Filmy filmy filmy. Może jakaś książka (ale szczerze mówiąc - nie pamiętam, widocznie nie była znacząca). Franek coraz fajniejszy i coraz bardziej chciało mi się rodzeństwa dla niego. M twierdził, że to jeszcze za wcześnie, ale, nie oszukujmy się, to kobieta wie lepiej, czy podoła, czy to będzie dobre rozwiązanie, czy da radę. W styczniu też podjęliśmy decyzję o sprzedaży gniazda. Poszliśmy nawet do biura obrotu nieruchomościami, ale ambicje M odnośnie szybkiego zbycia właśności zostały prędko ostudzone. Pan agent rzekł jedno słowo - zastój. No nic to. Wbrew wszystkiemu pojechaliśmy. Narobiliśmy zdjęć. Spędziliśmy tam trochę czasu. A mój syn pierwszy raz usnął wtulony w pierś ojca swego własnego. Aż mi się łezka w oku zakręciła...
Luty:
Luty upłynął nam pod hasłem "test wyszedł pozytywnie" i "Franek będzie miał rodzeństwo". Pamiętam wysyłane smsy: "mdłości od rana". Pamiętam minę mojej pani dr kiedy się zjawiłam po traumatycznym pierwszym porodzie. I jej uśmiech na twarzy, trochę niedowierzający, że to tak szybko. A przybyłam do niej już w dziewiątym tygodniu, bo w przeciwieństwie do pierwszej ciąży, u Stasia wszystko przebiegało prawidłowo. Franek zaczął jeść chleb z szynką na kolację, i coraz lepiej szło mu raczkowanie, wstawanie i głośne domaganie się swoich praw.
Marzec:
To przede wszystkim doskonalenie umiejętności chodzenia, chociaż na czworaka było znacznie szybciej i bezpieczniej. Cieszenie się każdym nowym kroczkiem i początek problemów w pracy. Najśmieszniejsze było to, że bardzo uważnie trzeba czytać pisma, które ci podsuwają, bo potrafią naprawdę mocno człowieka wkurzyć - a człowiek chroniony wszak jest, bo mieszka w nim maleńka istotka. Niestety, nieznajomość prawa szkodzi. Więc nie daj się zastraszyć jak ja w marcu, bo potem strasznie długo trwa odkręcanie. I potrafi być nieprzyjemne. Na szczęście po powrocie do domu można było cieszyć oczy widokiem syna z kiełbachą.




poniedziałek, 17 grudnia 2012

garść przedświąteczna

"Nie pójdziesz do przedszkola jak będziesz lał w pieluchy" - powiedział tata, kiedy po powrocie z pracy zaczął opowiadać o spotkaniu pani dyrektor z przedszkola, która jasno określiła to jedno wymaganie. "Nawet jeść nie musisz, gadać nie musisz, ale toaleta koniecznie". No i się zaczęło. Nocnik. Wszędzie, ciągle. I odwieczne pytanie: "Synu, chcesz e-e? A może siusiu? Chodź zrobimy kupkę. Nie? To może za chwilę?!" Są oznaki radości, kiedy zdarza się po nocy sucha pielucha i kiedy w nocniku kilka minut później pojawia się to i owo. Są ucieczki i chowanie się w ustronne miejsce. I jest namiętne spuszczanie wody w toalecie, co tata skwitował krótko: "nie ma bonusiku bez siku". Jest i cierpliwe czekanie, może sam zakuma?

Jest i druga kwestia. Za chustami nie przepadam bo ciągle mi się wydaje, że dziecko w takiej chuście to jakieś takie połamane i jakoś tak nieporęcznie. Ale przez przypadek w sobotę zobaczyłam w necie chustę mej taj i się zakochałam. Wczoraj sprowadziłam sąsiadkę, która jest z maszyną do szycia najlepszymi kumpelami i po świętach szyjemy.Tylko materiał kupić i do dzieła!


źródło: http://pathi.pl/pl/

Tyle u mnie. Oprócz tego, że muszę się wziąć za jakieś brzuszki czy co, bo po porodzie było jeszcze jako tako, ale teraz coraz więcej fałdek (damn!) a Sroga już oficjalnie stwierdza, że z tym pieczeniem to mi coś na mózg padło.

Dobra, czas się zbierać, bo idziemy ze Stachem do szpitala znowu krew badać.
Muchos smoochas :)
Sarna

czwartek, 6 grudnia 2012

jak dobrze wstać przed świtem...

Witam o poranku. Lekcje na dziś są już przygotowane, wypracowania poprawione. "Herbata czarna myśli rozjaśnia" i tylko jeszcze kilka spraw do Świąt zostało do pozałatwiania.
Na "to-do" list zostało mi tylko umówienie się z fryzjerem przed świętami.


Od porodu minęły dwa miesiące. Staszek dźwiga główkę coraz śmielej i waży już ponad 6 kg. Cierpliwie daje się całować bratu, który od całuska w czółko albo rączkę zaczyna każdy dzień. Czasem miewa jakieś małe zaparcia, ale dajemy radę - na szczęście przesypia calusieńkie noce! I nie toleruje smoczka, mimo tego, że od czasu do czasu próbujemy go mu wepchnąć. Pluje i koniec. Nie ma zmiłuj.

Franek bryka. W związku z opadami śniegu wyciągneliśmy już sanki wzbudzając nimi niemałą sensację na Krupówkach. (już były nawet obfotografowane w tym sezonie przez jakiś angoli - I just have to show this to my grandchildren! This sleigh is unbelievably amazing!)

Atmosfera świąt jakaś daleka i obca, chociaż wczoraj piekłam już pierniczki (oczywiście z przepisu z "Moich wypieków"). Może trochę na siłę? Może po to, żeby F zobaczył jak się wykrawa - sam na razie pchał tylko paluchy przez co trzeba było wielokrotnie wałkować ten sam kawałek ciasta. W przyszłym roku już na pewno mi pomoże :)

Jest tyle rzeczy, które chciałam napisać, ale które gdzieś wywietrzały. Do poczytania babes!
Sarna

czwartek, 22 listopada 2012

planujemy

Pierwsze chrzciny były w czerwcu. Piękna pogoda dopisała i nawet Franek okazał się dość dzielny. Było kilkoro gości. Do tej pory się śmiejemy, że skoro do chrztu Franka trzymali ksiądz i stara panna to skąd wziąć tych gości? Tym razem będzie inaczej. Tym razem na chrzcinach będzie nas więcej. Trochę dalszych przyjaciół. A jednak przyjaciół. No i zaczęło się rozkminianie kiedy. Data padła na sobotę przed nowym rokiem: 29.12, magicznie będzie i oby śnieżnie. Sobota znowu ze względu na Czarnego. Kiedy my odpoczywamy on ma najwięcej roboty, a szkoda, żeby go nie było na tak ważnej uroczystości. Słowem: termin już jest.
W sprawie wdzianka byłam już w crocodrillo i Kaśka już kombinuje, bo skoro Franek był w błękitach, to może Staszek wystąpi w zieleni? Albo szarości? Albo może jakiś beż z brązem? Kaśka wybiera i kombinuje, trochę czasu jeszcze mamy. Ale jest jeszcze tyle innych rzeczy...
Impreza o charakterze rodzinnym odbędzie się w domu. Będzie (o ile dobrze liczę) 12 dorosłych osób. Do tego 7 dzieci z czego dwoje moich własnych - osobistych. A może też przyjedzie i Rozdarta, chociaż na najbliżesz Boże Narodzenie planuje spęd rodzinny szwagra i już deklarowała, że w tym roku u mamy jej nie będzie.
Lokalizacja imprezy w domu oraz fakt, że będą bliscy sprawia, że catering odpada. I tu zaczyna się problem bo zaczyna mnie nurtować odwieczne pytanie: co podać? Co na ciepło? Co dalej? Przeglądam ulubione blogi kulinarne (Zołziu :*) i myślę. I nie wiem. To może pomożecie? Marzy mi się skromnie a doskonale. Marzy mi się z umiarem a warte zapamiętania. Zgodnie z regułą "less is more". Na razie testuję na Srogiej i na Michale. Jakieś dania obiadowe, jakieś desery. W piekarniku muffinki z żurawiną z "Moich wypieków". Na patelni filety z indyka z musztardą francuską i zieloną pietruszką (własną! zamrożoną! ha!) Wczoraj cyce z pesto i ricottą. Nie wiem sama. Można by pójść na łatwiznę i skorzystać z dobrego, tradycyjnego schabowego, ale to takie oklepane (i wyklepne chyba bardziej)...
Eeee, uciekam, coby mi się to wszystko nie przypaliło ;)
Sarna

piątek, 16 listopada 2012

Zdrowiejemy

Poziom f spada i teraz utrzymuje się już we wszelkich normach. Nie mamy diety. Nie ma już strachu przed oczami, że Staszek do końca życia będzie odżywiał się landrynkami. Nie musimy kłuć pięty co tydzień a co miesiąc. Może zdążą się wygoić. Serce matki poczuło ulgę. I zaczepki Franka są odbierane inaczej. Teraz mam ochotę z nim poszaleć. Pobiegać. Powygłupiać się na dywanie. Nie to dziecko. Rozdarta stwierdziła, że pierworodny rozpieszczony. Wolno mu. Jeszcze chwilę mu wolno. Zaczniemy wychowywać na nowo kiedy ze Stasiem będzie już prawdziwie dobrze. Następna kontrola w Prokocimiu dopiero za dwa miesiące.

A ja znowu schudłam ze stresu. Nerwy to najlepsza dieta u mnie. A skoro schudłam, to dla równowagi zaczęłam zażerać słodycze. Dogadzam sobie i mężowi. Piekę. Zakładka "Moje Wypieki" cały czas otwarta i się inspiruję. Jutro tort cappucino. Wczoraj muffinki z bakaliami. (niedobra matka nażarła się orzechów i wysypało Staszka, ale jeszcze ze dwa razy i myślę, że będzie odczulony)

W międzyczasie doczytuje to, co zaczęłam w szpitalu. "Tydzień w zimie" autorstwa Marcii Willett i McDusia. Doczytuję z doskoku, bo jak nie jeden tak drugi potrzebuje mojej atencji. Albo maturzyści.

Aha, no i w pracy się już poukładało na tyle, że do końca urlopu macierzyńskiego nie muszę się o nic martwić. Dopiero w kwietniu. Eh... mam nadzieję, że znajdę coś nie uwsteczniającego do kwietnia. No chyba, że jednak faktycznie ruszymy z tą firmą. Się zobaczy. Notka o wszystkim i o niczym. I tylko najważniejse przypomnę: POZIOM F SPADŁ!!! i utrzymuje się w normie :D :D :D :D
Sarna

ps. La, cisza u Ciebie. Niebezpiecznie się przedłuża. Czy ja o czymś nie wiem??
S.

wtorek, 6 listopada 2012

miesiąc

Dziecko to skarb... Zdrowe dziecko to skarb... Można się o tym przekonać w chwili, kiedy wielka, zimna, metalowa igła wbija się w piętkę, paluszek albo główkę niemowlęcia. Albo kiedy matka czyta list, że wyniki badań są niepokojące i lekarze zapraszają na oddział. Albo kiedy wujek google podpowiada najgorsze możliwe rozwiązanie. Czarne myśli. Brak światełka w tunelu. Restrykcyjna dieta do końca życia. Tydzień przeryczany. Seria badań. Wykluczenie najgorszego. Wielka ulga, ale wykluczyli najgorsze, a nie chorobę w ogóle. Cotygodniowe kłucie pięty, wyjazdy do pani prof. w Prokocimiu co dwa-trzy tygodnie. Pełen profesjonalizm. W końcu namiary na te strony w necie, które nie straszą a wspierają, tłumaczą. Odzyskiwanie równowagi. Muszę karmić, bo w moim pokarmie  jest najmniej szkodliwych substancji. A po to, żeby karmić muszę jeść, nie mogę się denerwować. Jakieś błędne koło. Trzeba było wziąć się w garść. Staszek jest dzielny, a skoro on, to ja po prostu muszę. Franek pomaga jak umie. Przynosi butelkę z wodą, smoczej, którego Staś nie toleruje, głaska brata i go całuje, chociaż zdarza mu się czasem utulić zbyt mocno.
Idę. Samo się nie wyprasuje,
Sarna

piątek, 5 października 2012

z modlitwą i śpiewem na ustach

No bo jak "Góra" nie pomoże, to już chyba nic nie pomoże. O 7:15 Eucharystia. Przy okazji I piątek. Dawno już nie byłam na mszy w pierwszy piątek. Dziś się zmobilizowałam, żeby ładnie poprosić. O to, żeby Staś nie był wywoływany oksytocyną na drugą stronę. No i wyszłam z kościoła i skurcz... w prawej nodze... Brodaty ma naprawdę poczucie humoru ;) idę odsuwać meble, a potem jakieś zakupy. Wczoraj strudel z jabłkami wyszedł całkiem poprawnie (Michał jak zwykle narzeka na rodzynki), a żeby piekarnika nie grzać na jedno małe ciasteczko, to przy okazji machnęłam jeszcze babkę cytrynową, której pół już nie ma. Michał i Piotrek to straszni pożeracze ciast. I kotletów. Nie wiem czego bardziej ;) Staś ma jeszcze dwa i pół dnia, chociaż wolałabym, żeby nie był niedzielny. No bo co, wszyscy męscy potomkowie będą niedzielni?
Aha, zapomniałam wrzucić jakieś foty z wakacji ;), oto garść:



braki lokalowe zmuszają do dzielenia się posłaniem

próby wyciągnięcia z fotanny - Franek wielce niezadowolony


Mama, Franek, Staś


Osówka, czyli II wojna na każdych wakacjach


Błędne Skały


jakiś tam wodospad... było tyyyyyyyyyyyyle wody!
Sarna

środa, 3 października 2012

poniedziałek, 1 października 2012

odkurzamy


Wypada odkurzyć tu co nieco. Ja ciągle 2 w 1 chociaż ostatniej nocy raz czy dwa miałam wrażenie, że to już. Sen jednak zwyciężył i się nawet jakoś mocno nie nakręcałam. Piątek cały dzień na telefonie. Urzędy urzędy urzędy. Światełko w tunelu. Sobota cały dzień na telefonie. Znajomi znajomi znajomi. Niedzielne przedpołudnie spędzone na stronach internetowych pt. jak otworzyć własną firmę i Michałem nad uchem tłumaczącym zagadnienia podatkowe (jak to dobrze mieć urzędnika-ekonomistę pod ręką). Niedzielne popołudnie spędzone u teściów. Leniwe, ciastkowe. Z wiercącym się pod sercem Stasiem. Dziś od rana telefony do urzędów. Okazuje się, że albo te panie są miłe dlatego, że jestem w ciąży, albo po prostu są miłe :) a tych telefonów było od groma i jeszcze trochę. Plany na dziś? Ogarnąć kupę ubrań, w których mam nadzieję nie chodzić przez dłuższy czas. (chociaż nie zarzekam się, że nigdy, więc pudło wędruje do piwnicy, nie do PCKu). Dopakować walizkę. Cieszyć się synem ma spacerze, placu zabaw. Uwarzyć jakiś obiad. Może jakieś roladki schabowe? No, chyba, że mnie jednak weźmie...
Miniu, jeszcze raz gratuluję serdecznie! Mikoś jest jednak starszy od Stasia :D Życie jest niesamowicie nieprzewidywalne :) idę jeszcze poczytać Wasze nowinki. Muchos smoochas,
Sarna

piątek, 27 lipca 2012

stan przedzawałowy

Sprzątanie samochodu jeszcze nigdy nie było tak stresujące. Kiedy Nizioł ucinał sobie poobiednią drzemkę ja postanowiłam odświeżyć trochę limuzynę. Najpierw pod maską. Powycierać ten kurz i brud, który zebrał się tam i już od jakiegoś czasu wołał do mnie "wytrzyj mnie, usuń mnie, chcę się wydostać spod tej wstrętnej maski na wolność". A więc brud spod maski... Potem wycieranie wnętrza. Kierownica po ostatniej wizycie u doktora (czyt. mechanika) kleiła się do rąk niemiłosiernie, a, że jestem głównym kierowcą i użytkownikiem, mnie denerwiwało to zwłaszcza. I kiedy maty samochodowe, opłukane suszyły się w słoneczku ja przecierałam kierownicę, deskę rozdzielczą, etc etc... Nizioł w międzyczasie się obudził. Babcia wzięła, nakarmiła, przewinęła i wypuściła pacholę me, ażeby świeżego powietrza dalej mógł się nałykać. No i łykał, a ja łypałam na niego spode łba co jakieś 30 sekund. Nadszedł czas na odkurzanie a do pierworodnego mego podszedł 6-letni kolega. Przywitał się, coś tam do niego powiedział, ale, że Nizioł cały czas u mamuni, to nie był zainteresowany rozmową. Wlazł do samochodu, bawił się kierownicą, drążkiem zmiany biegów, hamulcem ręcznym. A ja w międzyczasie zaczęłam odkurzać. Trwało to chwil kilka, łącznie z trzepaniem fotelika, który Nizioł upaprał bananem niemiłosiernie... W międzyczasie znowu podszedł ów 6-latek, coś tam pogwarzył do syna mego i znowu odszedł. Syn mój natomiast wydostał się z samochodu i wzedł do klatki. Widziałam na własne oczy. Byłam pewna, że poszedł do mieszkania, zwłaszcza, że drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Jakież wielkie było moje zdziwienie, kiedy chwilunię później weszłam do kuchni, zapytałam pracującą babcię o pacholę swe, a ona odpowiada "tu go nie ma". O jasny gwint! Jak nie tu, to gdzie??? Wyleciałam po schodach na 3-piętro, bo Nizioł uwielbia chodzić po schodach. Nie ma. Zleciałam z 3-piętra, poleciałam do piwnicy - nie ma. Przez myśl zaświtało mi "potoczek", przepływający obok, niezabezpieczony w żaden sposób, ze skarpą wysoką na dwa metry. Lecę. Nie ma. Ufff... Lecę dalej, do ogródka, a tam... Ten gałgan, Adam, bawi się w najlepsze z synem mym pierworodnym przy naszym żółwiu. Dopóki go nie zobaczyłam, myślałam, że stało się coś najgorszego. Potem odetchnęłam z wielką ulgą, ale ulga była tak wielka, że musiałam sobie usiąść. Usiąść, bo zakręciło mi się w głowie, od tego biegania, od tych cholernych myśli, od tego dudniącego w uszach "tu go nie ma". A potem, jak już wyściskałam, wycałowałam i wyprzytulałam, to miałam ochotę urwać mu łeb... I wiecie co? Jak w przyszłe wakacje będzie ich dwóch, no... to wtedy będzie ciekawie ;)
Sarna

wtorek, 24 lipca 2012

planowanie

Postanowione. Pokój zarezerwowany, zadatek wpłacony. Jedziemy się wczasować. Nie będą to wczasy leniwe i nic nie robiące. Zamierzam się trochę pomęczyć. co tam, że to będzie 35 tydzień, więc Staś już niemal donoszony... Zamierzam zdobyć Szczeliniec. Podobno idzie się po schodach, stopniach, zwał jak zwał... W planach Kotlina Kłodzka. Byłam tam raz - w czwartej klasie podstawówki. Pamiętam, że pojechałam będąc dziewczyną jednego, a wróciłam z zupełnie innym chłopakiem ;) Taka byłam kochliwa :D  Pamiętam Błędne Skały i Kaplicę Czaszek. Pamiętam super ogniska w gronie przyjaciół z podstawówki. Nawet ostatnio przeglądałam sobie zdjęcia - ooooo, taka młodziutka :)
Najważniejsze, że wyrwę się chociaż na chwilę stąd. Coraz ciężej przejść przez miasto. Tłumy coraz większe. Kolejki w sklepach coraz dłuższe. A, że brzuch niewielki, i raczej ukrywany pod szaliczkiem, chustą albo innymi takimi, to i ludziom ciężko dostrzec, że mi coraz ciężej. Dlatego czekam z niecierpliwością na otwarcie nowej Biedronki - o kilkanaście metrów od domu, a Michał się śmieje, że wózkiem zakupy do domu wieźć będę.
W przyszyłym tygodniu czeka mnie morfologia, mocz i OGTT, (a już myślałam, że pani dr da mi spokój z piciem tej cholernej glukozy). Już nawet w kalendarzu wielkimi literami stoi: weź cytrynę, a w domyśle, nie rób znowu wiochy w laboratorium. Po ostatniej wizycie u gin okazało się, że Staś już waży ponad kg i zamierza przyjść na świat 9.10. Im więcej badań tym późniejszy termin. I jemu też pewnie nie będzie się spieszyć do wyjścia. Podobnie jak jego bratu. A pro pos jego brata - Franek robi się coraz mądrzejszy. Wiem wiem, każda matka tak mówi. Ale uwielbiam motyw, kiedy przychodzi do taty (siedzącego przy kompie) łapie się za głowę i pokazuje mu "ile ma kłopotów", albo kiedy składa rączki w "amen", albo kiedy je rozkłada dając mi znać, że "nie ma". Albo... no właśnie, mogłabym w nieskończoność.  Tak robią ptaszki. Tak robi kurka... To jest krówka. A ostatnio próbuje podskakiwać, tylko dupełek jeszcze za ciężki i nie bardzo mu to wychodzi, ale się stara. Wdrapuje się na wszelkie krzesła, fotele i stoły. Potrafi wyleźć w takie miejsca, że mózg staje. Ostatnio wdrapywał się na blat kuchenny po... szufladach, stawiając nogi na kolejnych uchywtach. Mój zawał. Jego radosny rechot. No i dalej uwielbia pływać.
Tylko... tylko, że raz nieopatrznie poszliśmy na inny basem niż zwykle, do naszego AquaParku i... cholera grzyba złapałam. No i się zaczęło leczenie... Dlatego trzeba było pozmieniać wakacyjne plany. Miało być pluskanie na Węgrzech, a będą wędrówki mniejsze i większe. Na szczęście szczyty niezbyt wysokie, więc mam nadzieję, że jakoś dojdę - tylko buty muszą być super wygodne. Michał wyczaił jakiegoś grupona i teraz odlicza dni do urlopu. Całuję Was serdecznie. I te mniejsze, i te większe. Towarzyszy Waszych życiowych i czworonożnych też.
Odzywajcie się co i jak :)
Ania

poniedziałek, 16 lipca 2012

kiedy grypa dopada w weekend

Tak wyczekiwany... Tyle planów... Mieliśmy spędzić wspaniały, rodzinny weekend... Miał być wyjazd do Krakowa, miały być jakieś zakupy... Nie wyszło... Wyszła za to grypa żołądkowa. Po równo u mnie i u Michała. Spędziliśmy cały weekend w łóżku, Sara z babcią zajęły się Niziołem, więc w spokoju sumienia mogliśmy co chwilę latać do łazienki. Wyczerpani, opadnięci z sił, przeżuwając sucharki, paluszki i popijając napojem izotonicznym (bo cóż innego ciężarówka w 30 tyg może??) próbowaliśmy stanąć na nogi. Ale w między czasie nadrobiliśmy seanse filmowe. I tak oto poznałam świetny film, na podstawie powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stiega Larssona. Thriller, coś z pogranicza "Autora Widmo" - mimo tego, że trwał ponad 2:30 świetnie się oglądało. Naprawdę polecam! Poza "Dziewczyną z tatuażem" (to ten film powyżej), obejrzeliśmy też w końcu latające krzyże w "Bitwie Warszawskiej, 1920", "Sztos 2", i "Paragraf 44". Jednym słowem - nadrobiliśmy nasze filmowe wieczory z miesiąca w jeden weekend. I trochę szkoda, że Franek nie zobaczył na żywo kolarzy, którzy jechali dosłownie o kilkanaście metrów od domu, i trochę smutno, że w sumie nie wybraliśmy się na zakupy... I jednak zabolało, że Nizioł musiał iść spać od nas po raz pierwszy od ponad dwóch miesiecy. Dziś już jest dobrze. Nadrobimy.
Ania

wtorek, 3 lipca 2012

surowa i wymagająca

Taka właśnie jestem. Dla męża, syna, siostrzenicy i bratanków wszelkiej maści. W stosunku do Srogiej też tak jest. Pytanie tylko, czy warto taką być? Nad moim biurkiem wisi tablica korkowa. Na niej cytat:
"Każda wielka rzecz musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy błahe i liche są tanie". Owszem, czasem idę na łatwiznę. Czasem to wszystko co dzieje się wokół jest zbyt skomplikowane do ogarnięcia. Siorbanie Konrada chociażby. Jego ciągłe i wieczne gadanie. No, może nie gadanie. Biadolenie. Anka, lizus nad lizusy. Wazelina taka, że aż strach. Wiem, że warto, żeby skorzystali z pobytu u Srogiej, ale Sroga opiekę nad nimi scedowała na mnie. A mi jest ciężko. Dosłownie i w przenośni. Wszak to początek 28 tygodnia. Oni chcą w góry, a ja się pytam, kto w tym czasie zajmie się Frankiem - nosidło wprawdzie jest, ale w takim upale ja się na to nie piszę. Oni chcą grać w kosza, koniecznie ze mną, a ja nie jestem w stanie podbiec kilku metrów. Oni chcą grać w jakąś planszówkę, a ja jeszcze od rana nie usiadłam na tyłku - no dobra, teraz siedzę i może powinnam z nimi zagrać, ale tak cholernie mi się nie chce. Może włączę sobie jakiś film, skoro już i tak odrobiłam się w miarę ze wszystkim, Nizioł śpi, a Michała jeszcze z pracy nie ma?
Sarna

czwartek, 28 czerwca 2012

Koniec i początek

W życiu każdego przychodzi czas na przesilenie. Jedni mają już dość ustabilizowanego życia, więc zaczynają w necie szukać sobie wrażeń. Inni remontują łazienkę. Jeszcze inni decydują się na dziecko. U mnie do ostatecznego przesilenia dochodziło bardzo bardzo powoli, ale tak prawdziwie i ostatecznie potrwa jeszcze rok zanim sen się ziści. Jako matka, wkrótce dwójki facetów, chcę rzucić dotychczasową pracę. Czy znajdę coś w zamian? To chyba nie jest najważniejsze. Zawsze mogę otworzyć jakiś interes albo zacząć grać na giełdzie. Bylebym tylko nie musiała patrzeć na tego idiotę - swojego szefa i jego durną żonę. Powiecie - zwariowała, a ja powiem: dość. Sześć lat wyzyskiwania. Sześć lat wykorzystywania. Sześć długich lat. Jak tak na to patrzę, jestem najdłużej pracującą tam osobą na prawdziwym etacie. Nikt inny nie wytrzymał. Powinnam sobie dać za to medal i może jakieś standing ovation, ale z drugiej strony cała ta sytuacja nauczyła mnie kilku ważnych rzeczy: w pracy tylko na oficjalnej stopie - nigdy żadnych poufałości z szefem i jego rodziną (a może przede wszystkim rodziną?) Najlepiej się nie odzywać i robić swoje. Nie wychylać się niepotrzebnie. Inicjatywę schować do kieszeni lub wkładać wszystko do jakiegoś tajemniczego pudełka podpisanego: do wykorzystania we własnej firmie. Współpracownicy - owszem, może narodzić się jakieś fajny układ, pod warunkiem, że człowiek jest pewien na 100%, że współpracownik to nie konfident ;) Jeszcze tylko wrzesień, potem macierzyński, po powrocie zostaną 2-3 miesiące i żegnaj prywatna szkoło. Na zawsze :D
Sarna

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Dzidziul mój własny

Franek. Tyle się zmieniło od czasu, kiedy już przeszło 14 miechów temu pojawił się na świecie. Wcześniej tylko mówiłam chłopu swemu: zobacz, ostatnie takie świeta, ostatnie takie wakacje. Nie musimy się troszczyć o to co zjemy na obiad bo zawsze się coś tam skleci. Nie musisz zaglądać co tydzień pod łóżko, bo przecież kurz nie zabija. A teraz? Teraz nie wyobrażam sobie, żeby miało być inaczej. Żebym mogła bez skrępowania wyjść wieczorem na miasto, albo zorganizować jakiś wypad z dziewczynami na zupełnie niezaplanowane zakupy. Ostatnio poszłam z Rozdartą na zakupy przed Wielkanocą. Jeden sklep, drugi, trzeci. Rozdarta mówi do mnie: chodź, pójdziemy jeszcze na kawę, posiedzimy, pogadamy jak siostra z siostrą. Ja jej na to, posiedzimy w domu, zrobię Cie lepszą ;) tak ciężko było mi, kiedy Jego nie było obok już zbyt długo. Ale kiedy tylko zobaczę jego uśmiechniętą buzię, to od razu robi się cieplej na sercu. Co tam nie zjedzony barszcz. Co tam kolejna zafajdana pielucha. Co tam kolejny guz na czole czy siniaki pod kolanem. Bo kiedy budzisz się rano i widzisz nad sobą taką malutką twarzyczkę, z której hektolitrami leje się ślina, a twarzyczka ta jest roześmiana od ucha do ucha to masz w sobie tyyyyle energii na cały dzień, że nawet porąbany przełożony nie jest straszny.
Kończę, bo Słońce moje zaraz się obudzi a tu jeszcze tyle do zrobienia.
Sarna

piątek, 22 czerwca 2012

Dużo się dzieje. Chyba za dużo

Jestem zmęczona. Tak zwyczajnie zmęczona. Cały dzień na obolałych raciczkach. I właśnie w takich chwilach jak ta boję się jak to będzie. Nizioł jest coraz bardziej absorbujący. Dziś chociażby musiałam wygrywać na fujarce jakieś dziwne melodie i kroić pieczarki. A co jak przyjdzie mi jeszcze do tego wszystkiego kołysać Stasia nogą, nosem, dużym paluchem lewej stopy? Mama pomaga jak może. Sama już czasem ryje nosem ze zmęczenia, ale nie daje po sobie poznać. Nie lubię takich dni. Dni, kiedy nie można na spokojnie usiąść sobie z ciastem, albo pobawić się z synkiem. Kiedy większość czasu spędza się przy garach - w sumie nie gotując nic konkretnego. Kiedy dopiero po 17:00 wszystko jest posprzątane i można na spokojnie udać się na basem, żeby podziwiać pierworodnego szalejącego z tatą na zjeżdżalniach.
Nie poszłam dziś do teściowej. Nie po tym, co nam wczoraj ogłosiła. Nie mam już do niej siły. Nie wiem jak mam z nią rozmawiać. Kiedy widzę, jak się poddaje, jak nie chce walczyć, jak jej już wszystko wisi.
No i ten cholerny zaduch wszędzie.
Dziś smętnie. Na szczęście dziś szybko minie i będę mogła na spokojnie delektować się jutrem ;)
Sarna

środa, 20 czerwca 2012

Przenosiny

Trochę to zajęło. Może nawet trochę za długo. Przymierzałam się i przymierzałam i w końcu się zdecydowałam. Ostatnio podczytuję Was, ale wkurzają mnie captions,które trzeba wpisywać za każdym razem przy dodawaniu komentarzy. No i strasznie się za Wami stęskniłam. Pewne rzeczy wchodzą w krew. Nie obiecuję jednak, że będę codziennie. Nawet o tym nie marzę, zwłaszcza teraz, kiedy wprawdzie pracy mniej, ale za to bratanice i bratankowie. Syn własny rodzony. Sroga coraz mniej siły, a teściowa... Ech, to temat na osobną notkę, może w jakąś obrzydliwą, deszczową pogodę.
Przenosiny uważam więc za dokonane.
Pozdrawiam wszystkich, któzy tu zajrzą,
Sarna