czwartek, 22 listopada 2012

planujemy

Pierwsze chrzciny były w czerwcu. Piękna pogoda dopisała i nawet Franek okazał się dość dzielny. Było kilkoro gości. Do tej pory się śmiejemy, że skoro do chrztu Franka trzymali ksiądz i stara panna to skąd wziąć tych gości? Tym razem będzie inaczej. Tym razem na chrzcinach będzie nas więcej. Trochę dalszych przyjaciół. A jednak przyjaciół. No i zaczęło się rozkminianie kiedy. Data padła na sobotę przed nowym rokiem: 29.12, magicznie będzie i oby śnieżnie. Sobota znowu ze względu na Czarnego. Kiedy my odpoczywamy on ma najwięcej roboty, a szkoda, żeby go nie było na tak ważnej uroczystości. Słowem: termin już jest.
W sprawie wdzianka byłam już w crocodrillo i Kaśka już kombinuje, bo skoro Franek był w błękitach, to może Staszek wystąpi w zieleni? Albo szarości? Albo może jakiś beż z brązem? Kaśka wybiera i kombinuje, trochę czasu jeszcze mamy. Ale jest jeszcze tyle innych rzeczy...
Impreza o charakterze rodzinnym odbędzie się w domu. Będzie (o ile dobrze liczę) 12 dorosłych osób. Do tego 7 dzieci z czego dwoje moich własnych - osobistych. A może też przyjedzie i Rozdarta, chociaż na najbliżesz Boże Narodzenie planuje spęd rodzinny szwagra i już deklarowała, że w tym roku u mamy jej nie będzie.
Lokalizacja imprezy w domu oraz fakt, że będą bliscy sprawia, że catering odpada. I tu zaczyna się problem bo zaczyna mnie nurtować odwieczne pytanie: co podać? Co na ciepło? Co dalej? Przeglądam ulubione blogi kulinarne (Zołziu :*) i myślę. I nie wiem. To może pomożecie? Marzy mi się skromnie a doskonale. Marzy mi się z umiarem a warte zapamiętania. Zgodnie z regułą "less is more". Na razie testuję na Srogiej i na Michale. Jakieś dania obiadowe, jakieś desery. W piekarniku muffinki z żurawiną z "Moich wypieków". Na patelni filety z indyka z musztardą francuską i zieloną pietruszką (własną! zamrożoną! ha!) Wczoraj cyce z pesto i ricottą. Nie wiem sama. Można by pójść na łatwiznę i skorzystać z dobrego, tradycyjnego schabowego, ale to takie oklepane (i wyklepne chyba bardziej)...
Eeee, uciekam, coby mi się to wszystko nie przypaliło ;)
Sarna

piątek, 16 listopada 2012

Zdrowiejemy

Poziom f spada i teraz utrzymuje się już we wszelkich normach. Nie mamy diety. Nie ma już strachu przed oczami, że Staszek do końca życia będzie odżywiał się landrynkami. Nie musimy kłuć pięty co tydzień a co miesiąc. Może zdążą się wygoić. Serce matki poczuło ulgę. I zaczepki Franka są odbierane inaczej. Teraz mam ochotę z nim poszaleć. Pobiegać. Powygłupiać się na dywanie. Nie to dziecko. Rozdarta stwierdziła, że pierworodny rozpieszczony. Wolno mu. Jeszcze chwilę mu wolno. Zaczniemy wychowywać na nowo kiedy ze Stasiem będzie już prawdziwie dobrze. Następna kontrola w Prokocimiu dopiero za dwa miesiące.

A ja znowu schudłam ze stresu. Nerwy to najlepsza dieta u mnie. A skoro schudłam, to dla równowagi zaczęłam zażerać słodycze. Dogadzam sobie i mężowi. Piekę. Zakładka "Moje Wypieki" cały czas otwarta i się inspiruję. Jutro tort cappucino. Wczoraj muffinki z bakaliami. (niedobra matka nażarła się orzechów i wysypało Staszka, ale jeszcze ze dwa razy i myślę, że będzie odczulony)

W międzyczasie doczytuje to, co zaczęłam w szpitalu. "Tydzień w zimie" autorstwa Marcii Willett i McDusia. Doczytuję z doskoku, bo jak nie jeden tak drugi potrzebuje mojej atencji. Albo maturzyści.

Aha, no i w pracy się już poukładało na tyle, że do końca urlopu macierzyńskiego nie muszę się o nic martwić. Dopiero w kwietniu. Eh... mam nadzieję, że znajdę coś nie uwsteczniającego do kwietnia. No chyba, że jednak faktycznie ruszymy z tą firmą. Się zobaczy. Notka o wszystkim i o niczym. I tylko najważniejse przypomnę: POZIOM F SPADŁ!!! i utrzymuje się w normie :D :D :D :D
Sarna

ps. La, cisza u Ciebie. Niebezpiecznie się przedłuża. Czy ja o czymś nie wiem??
S.

wtorek, 6 listopada 2012

miesiąc

Dziecko to skarb... Zdrowe dziecko to skarb... Można się o tym przekonać w chwili, kiedy wielka, zimna, metalowa igła wbija się w piętkę, paluszek albo główkę niemowlęcia. Albo kiedy matka czyta list, że wyniki badań są niepokojące i lekarze zapraszają na oddział. Albo kiedy wujek google podpowiada najgorsze możliwe rozwiązanie. Czarne myśli. Brak światełka w tunelu. Restrykcyjna dieta do końca życia. Tydzień przeryczany. Seria badań. Wykluczenie najgorszego. Wielka ulga, ale wykluczyli najgorsze, a nie chorobę w ogóle. Cotygodniowe kłucie pięty, wyjazdy do pani prof. w Prokocimiu co dwa-trzy tygodnie. Pełen profesjonalizm. W końcu namiary na te strony w necie, które nie straszą a wspierają, tłumaczą. Odzyskiwanie równowagi. Muszę karmić, bo w moim pokarmie  jest najmniej szkodliwych substancji. A po to, żeby karmić muszę jeść, nie mogę się denerwować. Jakieś błędne koło. Trzeba było wziąć się w garść. Staszek jest dzielny, a skoro on, to ja po prostu muszę. Franek pomaga jak umie. Przynosi butelkę z wodą, smoczej, którego Staś nie toleruje, głaska brata i go całuje, chociaż zdarza mu się czasem utulić zbyt mocno.
Idę. Samo się nie wyprasuje,
Sarna