Sprzątanie samochodu jeszcze nigdy nie było tak stresujące. Kiedy Nizioł ucinał sobie poobiednią drzemkę ja postanowiłam odświeżyć trochę limuzynę. Najpierw pod maską. Powycierać ten kurz i brud, który zebrał się tam i już od jakiegoś czasu wołał do mnie "wytrzyj mnie, usuń mnie, chcę się wydostać spod tej wstrętnej maski na wolność". A więc brud spod maski... Potem wycieranie wnętrza. Kierownica po ostatniej wizycie u doktora (czyt. mechanika) kleiła się do rąk niemiłosiernie, a, że jestem głównym kierowcą i użytkownikiem, mnie denerwiwało to zwłaszcza. I kiedy maty samochodowe, opłukane suszyły się w słoneczku ja przecierałam kierownicę, deskę rozdzielczą, etc etc... Nizioł w międzyczasie się obudził. Babcia wzięła, nakarmiła, przewinęła i wypuściła pacholę me, ażeby świeżego powietrza dalej mógł się nałykać. No i łykał, a ja łypałam na niego spode łba co jakieś 30 sekund. Nadszedł czas na odkurzanie a do pierworodnego mego podszedł 6-letni kolega. Przywitał się, coś tam do niego powiedział, ale, że Nizioł cały czas u mamuni, to nie był zainteresowany rozmową. Wlazł do samochodu, bawił się kierownicą, drążkiem zmiany biegów, hamulcem ręcznym. A ja w międzyczasie zaczęłam odkurzać. Trwało to chwil kilka, łącznie z trzepaniem fotelika, który Nizioł upaprał bananem niemiłosiernie... W międzyczasie znowu podszedł ów 6-latek, coś tam pogwarzył do syna mego i znowu odszedł. Syn mój natomiast wydostał się z samochodu i wzedł do klatki. Widziałam na własne oczy. Byłam pewna, że poszedł do mieszkania, zwłaszcza, że drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Jakież wielkie było moje zdziwienie, kiedy chwilunię później weszłam do kuchni, zapytałam pracującą babcię o pacholę swe, a ona odpowiada "tu go nie ma". O jasny gwint! Jak nie tu, to gdzie??? Wyleciałam po schodach na 3-piętro, bo Nizioł uwielbia chodzić po schodach. Nie ma. Zleciałam z 3-piętra, poleciałam do piwnicy - nie ma. Przez myśl zaświtało mi "potoczek", przepływający obok, niezabezpieczony w żaden sposób, ze skarpą wysoką na dwa metry. Lecę. Nie ma. Ufff... Lecę dalej, do ogródka, a tam... Ten gałgan, Adam, bawi się w najlepsze z synem mym pierworodnym przy naszym żółwiu. Dopóki go nie zobaczyłam, myślałam, że stało się coś najgorszego. Potem odetchnęłam z wielką ulgą, ale ulga była tak wielka, że musiałam sobie usiąść. Usiąść, bo zakręciło mi się w głowie, od tego biegania, od tych cholernych myśli, od tego dudniącego w uszach "tu go nie ma". A potem, jak już wyściskałam, wycałowałam i wyprzytulałam, to miałam ochotę urwać mu łeb... I wiecie co? Jak w przyszłe wakacje będzie ich dwóch, no... to wtedy będzie ciekawie ;)
Sarna
piątek, 27 lipca 2012
wtorek, 24 lipca 2012
planowanie
Postanowione. Pokój zarezerwowany, zadatek wpłacony. Jedziemy się wczasować. Nie będą to wczasy leniwe i nic nie robiące. Zamierzam się trochę pomęczyć. co tam, że to będzie 35 tydzień, więc Staś już niemal donoszony... Zamierzam zdobyć Szczeliniec. Podobno idzie się po schodach, stopniach, zwał jak zwał... W planach Kotlina Kłodzka. Byłam tam raz - w czwartej klasie podstawówki. Pamiętam, że pojechałam będąc dziewczyną jednego, a wróciłam z zupełnie innym chłopakiem ;) Taka byłam kochliwa :D Pamiętam Błędne Skały i Kaplicę Czaszek. Pamiętam super ogniska w gronie przyjaciół z podstawówki. Nawet ostatnio przeglądałam sobie zdjęcia - ooooo, taka młodziutka :)
Najważniejsze, że wyrwę się chociaż na chwilę stąd. Coraz ciężej przejść przez miasto. Tłumy coraz większe. Kolejki w sklepach coraz dłuższe. A, że brzuch niewielki, i raczej ukrywany pod szaliczkiem, chustą albo innymi takimi, to i ludziom ciężko dostrzec, że mi coraz ciężej. Dlatego czekam z niecierpliwością na otwarcie nowej Biedronki - o kilkanaście metrów od domu, a Michał się śmieje, że wózkiem zakupy do domu wieźć będę.
W przyszyłym tygodniu czeka mnie morfologia, mocz i OGTT, (a już myślałam, że pani dr da mi spokój z piciem tej cholernej glukozy). Już nawet w kalendarzu wielkimi literami stoi: weź cytrynę, a w domyśle, nie rób znowu wiochy w laboratorium. Po ostatniej wizycie u gin okazało się, że Staś już waży ponad kg i zamierza przyjść na świat 9.10. Im więcej badań tym późniejszy termin. I jemu też pewnie nie będzie się spieszyć do wyjścia. Podobnie jak jego bratu. A pro pos jego brata - Franek robi się coraz mądrzejszy. Wiem wiem, każda matka tak mówi. Ale uwielbiam motyw, kiedy przychodzi do taty (siedzącego przy kompie) łapie się za głowę i pokazuje mu "ile ma kłopotów", albo kiedy składa rączki w "amen", albo kiedy je rozkłada dając mi znać, że "nie ma". Albo... no właśnie, mogłabym w nieskończoność. Tak robią ptaszki. Tak robi kurka... To jest krówka. A ostatnio próbuje podskakiwać, tylko dupełek jeszcze za ciężki i nie bardzo mu to wychodzi, ale się stara. Wdrapuje się na wszelkie krzesła, fotele i stoły. Potrafi wyleźć w takie miejsca, że mózg staje. Ostatnio wdrapywał się na blat kuchenny po... szufladach, stawiając nogi na kolejnych uchywtach. Mój zawał. Jego radosny rechot. No i dalej uwielbia pływać.
Tylko... tylko, że raz nieopatrznie poszliśmy na inny basem niż zwykle, do naszego AquaParku i... cholera grzyba złapałam. No i się zaczęło leczenie... Dlatego trzeba było pozmieniać wakacyjne plany. Miało być pluskanie na Węgrzech, a będą wędrówki mniejsze i większe. Na szczęście szczyty niezbyt wysokie, więc mam nadzieję, że jakoś dojdę - tylko buty muszą być super wygodne. Michał wyczaił jakiegoś grupona i teraz odlicza dni do urlopu. Całuję Was serdecznie. I te mniejsze, i te większe. Towarzyszy Waszych życiowych i czworonożnych też.
Odzywajcie się co i jak :)
Ania
Najważniejsze, że wyrwę się chociaż na chwilę stąd. Coraz ciężej przejść przez miasto. Tłumy coraz większe. Kolejki w sklepach coraz dłuższe. A, że brzuch niewielki, i raczej ukrywany pod szaliczkiem, chustą albo innymi takimi, to i ludziom ciężko dostrzec, że mi coraz ciężej. Dlatego czekam z niecierpliwością na otwarcie nowej Biedronki - o kilkanaście metrów od domu, a Michał się śmieje, że wózkiem zakupy do domu wieźć będę.
W przyszyłym tygodniu czeka mnie morfologia, mocz i OGTT, (a już myślałam, że pani dr da mi spokój z piciem tej cholernej glukozy). Już nawet w kalendarzu wielkimi literami stoi: weź cytrynę, a w domyśle, nie rób znowu wiochy w laboratorium. Po ostatniej wizycie u gin okazało się, że Staś już waży ponad kg i zamierza przyjść na świat 9.10. Im więcej badań tym późniejszy termin. I jemu też pewnie nie będzie się spieszyć do wyjścia. Podobnie jak jego bratu. A pro pos jego brata - Franek robi się coraz mądrzejszy. Wiem wiem, każda matka tak mówi. Ale uwielbiam motyw, kiedy przychodzi do taty (siedzącego przy kompie) łapie się za głowę i pokazuje mu "ile ma kłopotów", albo kiedy składa rączki w "amen", albo kiedy je rozkłada dając mi znać, że "nie ma". Albo... no właśnie, mogłabym w nieskończoność. Tak robią ptaszki. Tak robi kurka... To jest krówka. A ostatnio próbuje podskakiwać, tylko dupełek jeszcze za ciężki i nie bardzo mu to wychodzi, ale się stara. Wdrapuje się na wszelkie krzesła, fotele i stoły. Potrafi wyleźć w takie miejsca, że mózg staje. Ostatnio wdrapywał się na blat kuchenny po... szufladach, stawiając nogi na kolejnych uchywtach. Mój zawał. Jego radosny rechot. No i dalej uwielbia pływać.
Tylko... tylko, że raz nieopatrznie poszliśmy na inny basem niż zwykle, do naszego AquaParku i... cholera grzyba złapałam. No i się zaczęło leczenie... Dlatego trzeba było pozmieniać wakacyjne plany. Miało być pluskanie na Węgrzech, a będą wędrówki mniejsze i większe. Na szczęście szczyty niezbyt wysokie, więc mam nadzieję, że jakoś dojdę - tylko buty muszą być super wygodne. Michał wyczaił jakiegoś grupona i teraz odlicza dni do urlopu. Całuję Was serdecznie. I te mniejsze, i te większe. Towarzyszy Waszych życiowych i czworonożnych też.
Odzywajcie się co i jak :)
Ania
poniedziałek, 16 lipca 2012
kiedy grypa dopada w weekend
Tak wyczekiwany... Tyle planów... Mieliśmy spędzić wspaniały, rodzinny weekend... Miał być wyjazd do Krakowa, miały być jakieś zakupy... Nie wyszło... Wyszła za to grypa żołądkowa. Po równo u mnie i u Michała. Spędziliśmy cały weekend w łóżku, Sara z babcią zajęły się Niziołem, więc w spokoju sumienia mogliśmy co chwilę latać do łazienki. Wyczerpani, opadnięci z sił, przeżuwając sucharki, paluszki i popijając napojem izotonicznym (bo cóż innego ciężarówka w 30 tyg może??) próbowaliśmy stanąć na nogi. Ale w między czasie nadrobiliśmy seanse filmowe. I tak oto poznałam świetny film, na podstawie powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stiega Larssona. Thriller, coś z pogranicza "Autora Widmo" - mimo tego, że trwał ponad 2:30 świetnie się oglądało. Naprawdę polecam! Poza "Dziewczyną z tatuażem" (to ten film powyżej), obejrzeliśmy też w końcu latające krzyże w "Bitwie Warszawskiej, 1920", "Sztos 2", i "Paragraf 44". Jednym słowem - nadrobiliśmy nasze filmowe wieczory z miesiąca w jeden weekend. I trochę szkoda, że Franek nie zobaczył na żywo kolarzy, którzy jechali dosłownie o kilkanaście metrów od domu, i trochę smutno, że w sumie nie wybraliśmy się na zakupy... I jednak zabolało, że Nizioł musiał iść spać od nas po raz pierwszy od ponad dwóch miesiecy. Dziś już jest dobrze. Nadrobimy.
Ania
Ania
sobota, 7 lipca 2012
posprzątane Tatry
http://www.tygodnikpodhalanski.pl/?mod=news&strona=1&id=15851 to już tydzień jak Nizioł sprzątał Tatry :D świadomość ekologiczna od niemowlęcia, ot co :D
wtorek, 3 lipca 2012
surowa i wymagająca
Taka właśnie jestem. Dla męża, syna, siostrzenicy i bratanków wszelkiej maści. W stosunku do Srogiej też tak jest. Pytanie tylko, czy warto taką być? Nad moim biurkiem wisi tablica korkowa. Na niej cytat:
"Każda wielka rzecz musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy błahe i liche są tanie". Owszem, czasem idę na łatwiznę. Czasem to wszystko co dzieje się wokół jest zbyt skomplikowane do ogarnięcia. Siorbanie Konrada chociażby. Jego ciągłe i wieczne gadanie. No, może nie gadanie. Biadolenie. Anka, lizus nad lizusy. Wazelina taka, że aż strach. Wiem, że warto, żeby skorzystali z pobytu u Srogiej, ale Sroga opiekę nad nimi scedowała na mnie. A mi jest ciężko. Dosłownie i w przenośni. Wszak to początek 28 tygodnia. Oni chcą w góry, a ja się pytam, kto w tym czasie zajmie się Frankiem - nosidło wprawdzie jest, ale w takim upale ja się na to nie piszę. Oni chcą grać w kosza, koniecznie ze mną, a ja nie jestem w stanie podbiec kilku metrów. Oni chcą grać w jakąś planszówkę, a ja jeszcze od rana nie usiadłam na tyłku - no dobra, teraz siedzę i może powinnam z nimi zagrać, ale tak cholernie mi się nie chce. Może włączę sobie jakiś film, skoro już i tak odrobiłam się w miarę ze wszystkim, Nizioł śpi, a Michała jeszcze z pracy nie ma?
Sarna
"Każda wielka rzecz musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy błahe i liche są tanie". Owszem, czasem idę na łatwiznę. Czasem to wszystko co dzieje się wokół jest zbyt skomplikowane do ogarnięcia. Siorbanie Konrada chociażby. Jego ciągłe i wieczne gadanie. No, może nie gadanie. Biadolenie. Anka, lizus nad lizusy. Wazelina taka, że aż strach. Wiem, że warto, żeby skorzystali z pobytu u Srogiej, ale Sroga opiekę nad nimi scedowała na mnie. A mi jest ciężko. Dosłownie i w przenośni. Wszak to początek 28 tygodnia. Oni chcą w góry, a ja się pytam, kto w tym czasie zajmie się Frankiem - nosidło wprawdzie jest, ale w takim upale ja się na to nie piszę. Oni chcą grać w kosza, koniecznie ze mną, a ja nie jestem w stanie podbiec kilku metrów. Oni chcą grać w jakąś planszówkę, a ja jeszcze od rana nie usiadłam na tyłku - no dobra, teraz siedzę i może powinnam z nimi zagrać, ale tak cholernie mi się nie chce. Może włączę sobie jakiś film, skoro już i tak odrobiłam się w miarę ze wszystkim, Nizioł śpi, a Michała jeszcze z pracy nie ma?
Sarna
Subskrybuj:
Posty (Atom)