piątek, 27 lipca 2012

stan przedzawałowy

Sprzątanie samochodu jeszcze nigdy nie było tak stresujące. Kiedy Nizioł ucinał sobie poobiednią drzemkę ja postanowiłam odświeżyć trochę limuzynę. Najpierw pod maską. Powycierać ten kurz i brud, który zebrał się tam i już od jakiegoś czasu wołał do mnie "wytrzyj mnie, usuń mnie, chcę się wydostać spod tej wstrętnej maski na wolność". A więc brud spod maski... Potem wycieranie wnętrza. Kierownica po ostatniej wizycie u doktora (czyt. mechanika) kleiła się do rąk niemiłosiernie, a, że jestem głównym kierowcą i użytkownikiem, mnie denerwiwało to zwłaszcza. I kiedy maty samochodowe, opłukane suszyły się w słoneczku ja przecierałam kierownicę, deskę rozdzielczą, etc etc... Nizioł w międzyczasie się obudził. Babcia wzięła, nakarmiła, przewinęła i wypuściła pacholę me, ażeby świeżego powietrza dalej mógł się nałykać. No i łykał, a ja łypałam na niego spode łba co jakieś 30 sekund. Nadszedł czas na odkurzanie a do pierworodnego mego podszedł 6-letni kolega. Przywitał się, coś tam do niego powiedział, ale, że Nizioł cały czas u mamuni, to nie był zainteresowany rozmową. Wlazł do samochodu, bawił się kierownicą, drążkiem zmiany biegów, hamulcem ręcznym. A ja w międzyczasie zaczęłam odkurzać. Trwało to chwil kilka, łącznie z trzepaniem fotelika, który Nizioł upaprał bananem niemiłosiernie... W międzyczasie znowu podszedł ów 6-latek, coś tam pogwarzył do syna mego i znowu odszedł. Syn mój natomiast wydostał się z samochodu i wzedł do klatki. Widziałam na własne oczy. Byłam pewna, że poszedł do mieszkania, zwłaszcza, że drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Jakież wielkie było moje zdziwienie, kiedy chwilunię później weszłam do kuchni, zapytałam pracującą babcię o pacholę swe, a ona odpowiada "tu go nie ma". O jasny gwint! Jak nie tu, to gdzie??? Wyleciałam po schodach na 3-piętro, bo Nizioł uwielbia chodzić po schodach. Nie ma. Zleciałam z 3-piętra, poleciałam do piwnicy - nie ma. Przez myśl zaświtało mi "potoczek", przepływający obok, niezabezpieczony w żaden sposób, ze skarpą wysoką na dwa metry. Lecę. Nie ma. Ufff... Lecę dalej, do ogródka, a tam... Ten gałgan, Adam, bawi się w najlepsze z synem mym pierworodnym przy naszym żółwiu. Dopóki go nie zobaczyłam, myślałam, że stało się coś najgorszego. Potem odetchnęłam z wielką ulgą, ale ulga była tak wielka, że musiałam sobie usiąść. Usiąść, bo zakręciło mi się w głowie, od tego biegania, od tych cholernych myśli, od tego dudniącego w uszach "tu go nie ma". A potem, jak już wyściskałam, wycałowałam i wyprzytulałam, to miałam ochotę urwać mu łeb... I wiecie co? Jak w przyszłe wakacje będzie ich dwóch, no... to wtedy będzie ciekawie ;)
Sarna

6 komentarzy:

  1. Na pewno jest co robić przy 2 małych szkrabach... ale jestem przekonana, że świetnie dasz sobie radę. Pamiętam jak lubiłam się chować rodzicom i to w przeróżne dziwne miejsca. Pamiętam też strach w oczach mojej mamy jak sprawdzała studnię, a później znajdowała mnie za zasłoną w domu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ah te łobuziaki...no za rok będzie 2 razy więcej biegania...ale starszy będzie młodszego pilnował :) będzie wesoło

    OdpowiedzUsuń
  3. No to nieźle, cud, że nie zaczęłaś rodzic taki stres!Za rok ...oj bedzie urwanie głowy ale i dwa razy więcej radości przecież:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż mi się ciśnienie podniosło.
    To Ci Franciszek, no :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawal serca od razu!!! ale najwazniejsze,ze sie znalazl :) i podziwiam sprzatania samochodu, ja mam kolegow z Pl na myjce ,ktorzy za pol ceny zlituja sie nad ciezarna i umyja i odkurza :)

    OdpowiedzUsuń
  6. taa. zawały serca i mnie co chwila spotykają z byle powodu :)
    zapraszam do siebie
    http://wikipisz.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń