poniedziałek, 11 lutego 2013
adios
Nie żegnam się z blogiem - co to, to nie.
Nasze drogi zeszły się w 2007 roku. Tuż po zaręczynach nastał boom budowlany i szukaliśmy dla siebie gniazda. Po przeczesaniu lokalnych ofert i obejrzeniu kilku działek pod ewentualną budowę, pojechaliśmy do Nowego Targu żeby tam dokonać tego samego - w końcu przecież można te 20 km dojeżdżać codziennie do pracy, prawda? Ludzie dojeżdżają nawetz Rabki czy z Limanowej i żyją. Podpisaliśmy umowę na dziurę w ziemi (jak wszyscy wtedy, boom to boom, trzeba brać co dają), wzięliśmy kredyt, dostaliśmy jakąś kasę na start od rodziców... Jeździliśmy, doglądaliśmy, patrzyliśmy jak w naszym budynku powstaje piętro po piętrze, jak tworzą się instalacje, jak wprowadzane są nasze poprawki (rzecz jasna uzgadniane z architektami i deweloperem) i cieszyślimy się, że tuż po ślubie będziemy mogli się wprowadzić do własnych czterech ścian. Koncepcje urządzenia mieszkania zmieniały się co chwila. Najważniesza zmiana dotyczyła przeniesienia kuchni do salonu, a tam gdzie była kuchnia urządzliśmy naszą sypialnię. Wszystko "stawało" się bardzo powoli.
Oczywiście deweloper miał obsuwę w związku z czym nie mogliśmy się przenieść na swoje tuż po zaobrączkowaniu. Sroga przygarnęła M pod swoje skrzydła i w trójkę bardzo fajnie nam się mieszkało. Zaczęliśmy przewozić rzeczy, meblować, kupować plamy, dywany, dodatki. M pracował do 16 ja do 20 czasem 21 a potem nie chciało nam się już jechać do naszego gniazda. Jeździliśmy na weekendy. W piątek po poludniu, wracaliśmy w niedzielę wieczorem. Sroga nie wypytywała kiedy chcemy tam zamieszkać na stałe, my przestaliśmy mieć parcie, żeby się tam ostatecznie przeprowadzić.
W gnieździe jednak odbyło się mnóstwo imprez. Kilkanaście parapetówek, urodziny, imieniny. Włożyliśmy w to mieszkanie mnóstwo siły, pracy, serca i czasu.
Kiedy byłam w zagrożonej ciąży przestaliśmy jeździć. Zresztą wtedy ograniczyłam wszystkie swoje wyjazdy. Nie chciałam, żeby Frankowi coś zaszkodziło. Dracene umarłam. Pomimo prób reanimacji, po namowach Gewci - odeszła do wiecznego ogrodu. Ogórdek też zapuściłam. Od czasu do czasu Czarny jadąc z Kraka bzyknął trawę i tylę. Z marzeń o pięknych donicach wypełnionych surfiniami i pelargoniami ostał się jeno kaktus. Z marzeń o wspólnym domu - zaciszny pokój u Srogiej.
Po pojawieniu się Franka jeździliśmy do gniazda raczej po to, żeby zostawić tam małe ubranka a zabrać te większe. Nocowalśmy już tylko od wieliego dzwonu. Sroga zresztą też wolała mieć wnuka przy sobie - strasznie się z nim zżyła, a stanie w korkach ulicznych w sezonie zatruwało nam życie. Wszak do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do tego, że wszędzie można dostać się pieszo, a tam bez samochodu byłoby ciężko.
W końcu zapadła decyzja o sprzedaży. Rok temu poszliśmy do biura gdzie nam powiedziano, że będzie ciężko. Ale tę historię już znacie. Jej finał rozegrał się w zeszłym tygodniu kiedy to ostatecznie podpisaliśmy u notariusza umowę sprzedaży. Ryczałam jak bóbr. W końcu ten kawałek przestrzeni był tylko i wyłącznie mój: przeze mnie zaprojektowany i nawet nie do końca urządzony. Stało się. Oddaliśmy klucze. Zamknęliśmy ten rozdział.
Sarna
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



echhhhhh ...
OdpowiedzUsuńwidocznie tak miało być....
OdpowiedzUsuńbedzie dom!!!! ;) la
OdpowiedzUsuńHiHI..Jeszcze tą dracenę pamiętasz?:) Dobra rada zawsze w cenie;P Bo że na wspomnienie o mieszkaniu płaczesz to rozumiem, ale nie martw się będzie nowe, może nawet dom? Pamiętaj: pierwsze dla wroga, drugie dla przyjaciela, trzecie - dla siebie!Gewka
OdpowiedzUsuńDobrze powiedziane Gewaka będzie dom z własnym podwórkiem i ogrodem na mur beton :)
OdpowiedzUsuńbędzie nowe, lepsze, większe, z żywą draceną i surfiniami :)
OdpowiedzUsuńNie ma tego złego jak to sie mówi ;) będzie inne nowe lepsze no i z surfiniami ;)
OdpowiedzUsuń